Przypowieść o bogaczu i Łazarzu bywa czytana jak historia o pieniądzach.
Bogaty – potępiony.
Biedny – zbawiony.
Ale Ewangelia jest bardziej wymagająca. Problemem bogacza nie są pieniądze. W tekście nie ma ani jednego zdania, które mówiłoby, że został potępiony za to, że był bogaty. Problemem jest coś innego. On nie widział człowieka.
Człowiek przy bramie
Łazarz leżał u bramy jego domu. Nie gdzieś daleko. Nie na końcu świata. Nie w abstrakcyjnej kategorii „ubogich”. U jego bramy.
Bogacz nie musiał go szukać. Nie musiał prowadzić wielkich programów pomocowych. Nie musiał zmieniać świata. Wystarczyło zobaczyć.
A jednak tego nie zrobił.
To niezwykłe, że w tej przypowieści nawet psy zauważają Łazarza. Przychodzą i liżą jego rany. Zwierzęta reagują na cierpienie. Bogacz – nie. Największą tragedią tej historii nie jest bogactwo. Jest ślepota serca.
Hedonizm zamyka oczy
Ewangelia mówi: „dzień w dzień ucztował wystawnie”. To obraz życia skoncentrowanego na sobie. Na komforcie. Na przyjemności. Na własnym świecie.
Hedonizm nie zawsze wygląda spektakularnie. Czasem to po prostu życie tak szczelnie wypełnione własnymi sprawami, że nie ma w nim miejsca na drugiego człowieka. I wtedy ktoś może leżeć u naszych bram – a my go nie zauważymy.
Czy pieniądze zaślepiają?
Pieniądze same w sobie nie są problemem. Są narzędziem. Mogą służyć dobru – albo mogą budować mur. Prawdziwe pytanie brzmi: czy to ja posiadam pieniądze, czy pieniądze posiadają mnie?
Człowiek wolny może mieć dużo – i być hojny.
Człowiek zniewolony może mieć mało – i być zamknięty.
Bogactwo nie zaczyna się w portfelu. Zaczyna się w sercu.
Przepaść, która rośnie powoli
Najbardziej przejmujący obraz tej przypowieści to „ogromna przepaść”. Ta przepaść nie powstała nagle po śmierci. Ona powstawała całe życie.
Każde zignorowane cierpienie.
Każdy dzień przeżyty tylko dla siebie.
Każde zamknięcie oczu na człowieka przy bramie.
To wszystko powoli budowało dystans między sercem bogacza a światem Łazarza. Po śmierci ta przepaść po prostu stała się widoczna.
A gdyby ktoś zmartwychwstał…
Bogacz mówi: „jeśli ktoś z umarłych pójdzie do nich, uwierzą”.
Abraham odpowiada bardzo twardo: jeśli nie słuchają Mojżesza i Proroków, nie uwierzą nawet wtedy, gdy ktoś powstanie z martwych.
To zdanie brzmi niemal proroczo. Bo przecież ktoś naprawdę powstał z martwych. A jednak wielu nadal nie wierzy.
Problem nie polega na braku znaków. Problem polega na zamkniętym sercu.
Bogacz nie jest przedstawiony jako potwór. Nie ma w tekście ani jednego zdania, że był okrutny, że bił Łazarza, że go wyrzucił czy świadomie poniżał. Po prostu żył swoim życiem. Uczty, luksus, własny świat.
A jednak po śmierci znajduje się w miejscu męki. I wtedy dzieje się coś zaskakującego: pojawia się w nim troska o innych.
„Mam pięciu braci – niech ich ostrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce.”
To pokazuje, że nie był całkowicie pozbawiony uczuć. Kochał swoich bliskich. Nie chciał, by podzielili jego los. Ale właśnie w tym miejscu Ewangelia odsłania jeszcze głębszy problem.
Troska, która przychodzi za późno
Bogacz zaczyna troszczyć się o innych dopiero po śmierci. Dopiero gdy widzi konsekwencje swojego życia. Za życia nie zauważył człowieka przy swojej bramie. Po śmierci zaczyna myśleć o braciach. To bardzo ludzki mechanizm. Często dopiero doświadczenie konsekwencji otwiera oczy.
Nadal myśli w tej samej logice
Co ciekawe, nawet w tej sytuacji bogacz wciąż myśli w sposób, do którego był przyzwyczajony. Prosi Abrahama, aby posłał Łazarza. Tak jakby Łazarz nadal był kimś, kto ma mu służyć.
Najpierw prosi, by przyszedł ochłodzić jego język. Potem, by został wysłany do jego braci.
Nie mówi: „pozwól mi pójść”.
Nie mówi: „zawiniłem wobec niego”.
To subtelny szczegół, ale bardzo wymowny. Bogacz wciąż widzi Łazarza jako kogoś niższego.
Nie chodzi o brak uczuć
Dlatego przypowieść nie mówi, że bogacz był pozbawiony serca. Raczej pokazuje coś bardziej niebezpiecznego: serce może być dobre w wąskim kręgu, a jednocześnie zamknięte na innych. Można kochać rodzinę. Można troszczyć się o swoich. A jednocześnie nie widzieć człowieka, który leży tuż obok.
Miłość ograniczona tylko do „swoich” nie jest jeszcze miłością ewangeliczną.
Najtrudniejsza diagnoza
Ta przypowieść jest tak mocna właśnie dlatego, że wielu z nas może się w bogaczu trochę odnaleźć. Bo większość ludzi nie jest potworami. Większość ludzi troszczy się o swoich bliskich.
Ale pytanie Ewangelii brzmi dalej:
czy moje serce widzi tylko swoich,
czy potrafi zobaczyć także człowieka przy bramie?
Ostateczna lekcja
Bogacz chciał pomóc swoim braciom – i to jest prawdziwe. Ale Abraham odpowiada: „Mają Mojżesza i Proroków.” Czyli: mają już wszystko, co potrzebne, żeby zrozumieć.
Nie potrzebują nadzwyczajnego znaku. Potrzebują posłuchać słowa Bożego i pozwolić, by ono zmieniło serce. Bo największym problemem nie jest brak wiedzy. Największym problemem jest to, że można znać słowo Boga – i nadal nie zobaczyć Łazarza przy własnej bramie.
Jak zachować wolność?
Ta Ewangelia nie jest oskarżeniem bogatych. Jest pytaniem do każdego. Czy potrafię zarządzać tym, co mam?
Czy to, co posiadam – czas, pieniądze, talenty – służy także innym?
Czy potrafię zobaczyć człowieka przy mojej bramie?
Czasem tą „bramą” jest sąsiedztwo.
Czasem rodzina.
Czasem ktoś w pracy.
Czasem ktoś, kto nie prosi głośno, ale widać, że jest w potrzebie.
Miłosierny Samarytanin i bogacz
W Ewangelii pojawiają się dwa obrazy. Miłosierny Samarytanin widzi człowieka na drodze. Bogacz nie widzi człowieka przy swojej bramie.
Różnica nie polega na majątku. Różnica polega na sercu.
Co z tej Ewangelii weźmiemy?
Może najważniejsze pytanie tej przypowieści nie brzmi: czy mam dużo czy mało?
Może brzmi: czy potrafię zobaczyć człowieka?
Bo Bóg nie zapyta nas tylko o to, ile mieliśmy. Zapyta, co z tym zrobiliśmy.
I czy przy naszych bramach nie leżał ktoś, kogo mogliśmy podnieść.
– Andrzej Lewek




