Co roku wracam do tego samego miejsca.
Do tej samej kolejki.
Do tego samego gestu.
Kapłan zanurza palce w popiele.
Na czole pojawia się znak krzyża.
I co roku łapię się na tym samym pytaniu:
co ja właściwie zrobię z tym Wielkim Postem?
Nie z tym idealnym, wyobrażonym.
Z tym prawdziwym.
Z moim zmęczeniem.
Z moim chaosem.
Z moją listą spraw, które „nie mogą poczekać”.
Bo łatwo powiedzieć: post, modlitwa, jałmużna.
Trudniej uczciwie zapytać: gdzie w tym wszystkim jest jeszcze miejsce na Boga?
Coraz częściej widzę, że największym problemem nie jest brak dobrych chęci.
Największym problemem jest hałas.
Hałas w głowie.
Hałas w telefonie.
Hałas w sercu.
I dlatego coraz bardziej przemawia do mnie myśl o poście milczenia.
Nie jako romantycznym obrazie pustelnika.
Ale jako bardzo konkretnym wyborze:
mniej gadać, mniej komentować, mniej reagować odruchowo.
Milczenie nie jest ucieczką.
Milczenie jest konfrontacją.
Bo kiedy cichnie wszystko dookoła, zaczynam słyszeć to, czego zwykle słuchać nie chcę.
Swoje lęki.
Swoje pretensje.
Swoje rozczarowania.
I… swoje pragnienia.
A gdzieś pod tym wszystkim — cichy głos Boga.
Nie spektakularny.
Nie krzyczący.
Raczej jak szept.
I nagle odkrywam coś niewygodnego:
to nie Bóg milczy.
To ja zagłuszam.
Święty Józef niczego w Ewangelii nie mówi.
A jednak mówi wszystko.
Mówi posłuszeństwem.
Mówi decyzją, żeby wstać w nocy i uciekać.
Mówi gotowością, żeby zostawić swoje plany.
Coraz częściej myślę, że Wielki Post nie potrzebuje ode mnie wielkich deklaracji.
Potrzebuje jednej uczciwej decyzji.
Na przykład takiej:
każdego dnia choć kilka minut ciszy tylko dla Boga.
Bez telefonu.
Bez muzyki.
Bez scrollowania Pisma Świętego jak newsów.
Kilka minut.
Ale naprawdę.
Może to właśnie jest moja jałmużna — oddać Bogu swój czas.
Może to jest mój post — od nadmiaru słów.
Może to jest moja modlitwa — siedzieć i być.
Nie wiem, czy wytrwam.
Nie wiem, czy zrobię to idealnie.
Ale wiem jedno: jeśli nic nie zmienię, wszystko zostanie takie samo.
Popiół na głowie nie mówi mi: „jesteś beznadziejny”.
Mówi raczej: „twoje życie jest kruche, ale ważne”.
I że jeszcze raz dostałem czas.
Więc w tym roku chcę spróbować inaczej.
Nie więcej planów.
Nie więcej list.
Więcej ciszy.
Więcej słuchania.
Więcej obecności.
Może właśnie tak zaczyna się prawdziwe nawrócenie.
Nie od krzyku.
Nie od perfekcji.
Ale od cichego:
„Boże, chcę być z Tobą”.




