07 września 2026. Poniedziałek XXIII tygodnia zwykłego. Czytania: (1 Kor 5, 1-8); (Ps 5, 5-6a. 6b-7. 12); Aklamacja (J 10, 27); (Łk 6, 6-11);
Dzisiejsza Ewangelia znów prowadzi nas do sporu o szabat, ale Jezus nie zatrzymuje się na pytaniu o przepis. Stawia na środku konkretnego człowieka z uschłą ręką i jakby zmusza wszystkich do zobaczenia tego, co naprawdę jest ważne. „Czy wolno w szabat czynić coś dobrego, czy coś złego, życie ocalić czy zniszczyć?” – to pytanie odsłania sens Prawa, bo jeśli jego interpretacja prowadzi do obojętności wobec cierpienia, to znaczy, że zgubiliśmy jego serce.
Można więc powiedzieć: człowiek znajduje się w centrum szabatu, ponieważ szabat został dany człowiekowi jako przestrzeń spotkania z Bogiem, odpoczynku i odzyskiwania życia. Ale jeszcze głębiej – miłosierdzie objawia to, ku czemu Prawo od początku prowadziło. Jezus nie znosi dobra i zła, nie mówi, że normy nie mają znaczenia, lecz pokazuje ich właściwą hierarchię. Jeśli mam możliwość uczynić dobro, przywrócić życie, podnieść człowieka, a zasłaniam się przepisem, to mogę formalnie strzec Prawa, a jednocześnie zdradzić jego sens.
I może właśnie dlatego reakcja faryzeuszów jest tak dramatyczna. Człowiek zostaje uzdrowiony, a oni „wpadają w szał”. Powinien pojawić się zachwyt, wdzięczność, radość z odzyskanego dobra, a pojawia się gniew. To pokazuje, jak bardzo religijność może zostać zakwaszona czymś obcym Ewangelii: potrzebą kontroli, obroną własnego schematu, zazdrością, pychą, lękiem przed utratą wpływu. Zewnętrznie wszystko może wyglądać poprawnie, a wewnątrz może już pracować niewłaściwy zaczyn.
I tutaj bardzo mocno wchodzi Paweł ze swoim obrazem kwasu. „Czyż nie wiecie, że odrobina kwasu całe ciasto zakwasza?”. W kontekście jego listu chodzi o tolerowane zło we wspólnocie, o sytuację, w której jawny grzech przestaje budzić niepokój, a zaczyna być przykrywany pychą i fałszywym poczuciem wolności. Paweł widzi niebezpieczeństwo nie tylko w samym czynie pojedynczego człowieka, ale w tym, że wspólnota przyzwyczaja się do zła i przestaje reagować.
To bardzo aktualny mechanizm. Zło rzadko zaczyna się od wielkich rzeczy. Często najpierw jest drobnym przesunięciem granicy, usprawiedliwieniem, przemilczeniem, zgodą „tym razem”, oswojeniem języka, który jeszcze niedawno budził sprzeciw. Potem to, co było wyjątkiem, staje się normą. Odrobina kwasu zaczyna pracować.
Ale obraz kwasu ma w Biblii także drugą stronę. Jezus przecież porównuje Królestwo Boże do zaczynu, który kobieta wkłada w mąkę, aż całe ciasto zostaje zakwaszone. Ten sam obraz może więc oznaczać zarówno rozprzestrzenianie się zła, jak i cichy, organiczny wzrost dobra.
I dlatego pojawia się pytanie bardzo osobiste: w którą stronę zakwaszam ciasto?
Bo każdy z nas wnosi coś do swojej rodziny, wspólnoty, pracy, parafii, grupy przyjaciół. Możemy wnosić pokój albo napięcie, zaufanie albo podejrzliwość, prawdę albo plotkę, odpowiedzialność albo narzekanie, miłosierdzie albo chłód, odwagę albo lęk. Bardzo często nie zdajemy sobie sprawy, że nasze drobne zachowania tworzą klimat, w którym później żyją inni.
Paweł nie mówi przy tym o oczyszczeniu wspólnoty z pozycji moralnej wyższości. Sam cel jego ostrego napomnienia jest ostatecznie ratunkowy: chodzi „ku ratunkowi jego ducha w dzień Pana Jezusa”. To bardzo ważne, bo chrześcijańska reakcja na zło nie polega ani na pobłażliwości, ani na zemście. Zło trzeba nazwać, czasem trzeba postawić granicę, czasem nawet odsunąć kogoś od wspólnoty, ale celem pozostaje jego ocalenie, nie unicestwienie.
To dokładnie ten sam porządek, który widzimy w Ewangelii. Jezus nie wybiera między prawdą a miłosierdziem. On pokazuje, że prawdziwe miłosierdzie nigdy nie jest zgodą na zło, a prawda bez miłosierdzia przestaje przypominać Boga.
Psalm mówi bardzo jednoznacznie: „Ty nie jesteś Bogiem, któremu miła nieprawość”. Bóg naprawdę nazywa zło złem. Nie rozmywa go, nie udaje, że wszystko jedno, jak żyjemy. A jednocześnie ten sam Bóg jest ucieczką dla tych, którzy Go szukają, osłania i daje radość tym, którzy miłują Jego imię.
Może więc dzisiejsze czytania pokazują dwa niebezpieczeństwa, pomiędzy którymi łatwo się poruszać. Z jednej strony rygoryzm, który tak bardzo broni prawa, że przestaje widzieć człowieka. Z drugiej strony pobłażliwość, która w imię źle rozumianej tolerancji przestaje nazywać zło i pozwala, żeby kwas zepsucia pracował w całym cieście.
Jezus wybiera inną drogę. Stawia człowieka na środku. Nazywa dobro dobrem, a zło złem. Uzdrawia. I nie pozwala, żeby Prawo zostało użyte przeciw miłości. To może być także bardzo konkretne pytanie o nasze wspólnoty i rodziny: jaki zaczyn w nich wnoszę? Czy dzięki mojej obecności łatwiej jest innym wierzyć, kochać, przebaczać i stawać w prawdzie? Czy raczej pomnażam cynizm, plotkę, podział, ocenianie i zniechęcenie?
Bo zaczyn jest mały. Ale ciasto rośnie właśnie dzięki niemu.




