11 września 2026. Piątek XXIII tygodnia zwykłego. Czytania: (1 Kor 9, 16-19. 22-27); (Ps 84 (83), 3-4. 5-6. 12); Aklamacja (J 17, 17ba); (Łk 6, 39-42);
„Biada mi bowiem, gdybym nie głosił Ewangelii!” – trudno przejść obojętnie obok tych słów Pawła, bo nie brzmią jak deklaracja człowieka, który znalazł sobie interesujące zajęcie albo nawet ważną życiową misję. Jest w nich jakieś wewnętrzne przynaglenie, ogień, który nie pozwala mu zatrzymać Ewangelii dla siebie, a jednocześnie świadomość, że nie jest jej właścicielem, lecz szafarzem, któremu powierzono coś znacznie większego niż on sam.
Można więc zapytać bardzo osobiście: czy spotkałem już Jezusa tak, żeby coś podobnego zaczęło dziać się również we mnie? Nie chodzi przecież o to, żebyśmy wszyscy zostali kaznodziejami albo ewangelizatorami przemierzającymi świat, ale o takie doświadczenie Jezusa, którego nie da się już zamknąć wyłącznie w prywatnej pobożności. Jeżeli Ewangelia naprawdę stała się dla mnie Dobrą Nowiną, jeżeli spotkałem Tego, który mnie podniósł, przebaczył, nadał sens mojemu życiu i pokazał jego cel, to wcześniej czy później pojawia się pragnienie, żeby ktoś jeszcze Go poznał.
Jeśli tego pragnienia zupełnie nie ma, może warto nie tyle natychmiast zmuszać się do ewangelizacji, ile wrócić do jej źródła i zapytać o moją relację z Jezusem. Może potrzebuję ją odnowić, może odbudować, a może dopiero naprawdę zbudować. Nie da się przecież długo dawać komuś Tego, z kim samemu nie chce się przebywać.
I właśnie tutaj niezwykle dobrze brzmi dzisiejszy psalm: „Dusza moja stęskniona pragnie przedsionków Pańskich, serce moje i ciało radośnie wołają do Boga żywego”. Psalmista nie wykonuje religijnego obowiązku, ale tęskni. Chce być blisko Boga, szuka Go, pragnie Jego obecności, a swoją siłę odnajduje właśnie w Nim. Może więc przed pytaniem: „Ilu ludzi przyprowadziłem do Jezusa?” warto czasem postawić inne: „Jak bardzo sam tęsknię za Jezusem?”. Bo misja bez relacji bardzo szybko zamienia się w aktywizm, podczas gdy misja wyrastająca ze spotkania staje się naturalnym dzieleniem się Tym, który stał się dla mnie ważny.
Paweł pokazuje jednak jeszcze jeden wymiar tej drogi, o którym łatwo zapomnieć. Człowiek głoszący innym sam nie przestaje potrzebować nawrócenia. „Poskramiam moje ciało i biorę je w niewolę, abym innym głosząc naukę, sam przypadkiem nie został uznany za niezdatnego”. Można więc głosić Ewangelię, prowadzić innych, być liderem, nauczycielem czy nawet duchowym autorytetem, a jednocześnie zaniedbać własne życie. Paweł wie, że uczeń pozostaje uczniem również wtedy, kiedy dla innych staje się nauczycielem.
I właśnie tutaj dzisiejsza Ewangelia robi się bardzo niewygodna.
Bo człowiek posiada zadziwiającą zdolność do subiektywnej obiektywności. Potrafimy być niezwykle przenikliwi w ocenie innych ludzi, szybko zauważamy ich słabości, niespójności, błędy, grzechy i niedojrzałość, a jednocześnie pozostajemy niemal niewidomi wobec tego, co dzieje się w nas samych. Drzazga w oku brata potrafi krzyczeć do mnie z daleka, podczas gdy z belką we własnym oku nauczyłem się już całkiem wygodnie funkcjonować.
Jezus nie mówi jednak: skoro masz belkę, zostaw brata w spokoju i nigdy go nie upominaj. Mówi coś znacznie ciekawszego: „usuń najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka brata swego”. Braterskie upomnienie pozostaje więc potrzebne, ale może być owocne dopiero wtedy, gdy sam zgadzam się stanąć w prawdzie.
I tu wraca temat braterstwa, małej grupy, relacji wzajemnej odpowiedzialności. Potrzebuję braci nie tylko po to, żeby mieć z kim zrobić coś dobrego, pomodlić się, pojechać na rekolekcje czy wypić kawę. Potrzebuję brata również jako lustra, w którym zobaczę rzeczy, których sam już nie potrafię zobaczyć.
Lustro przecież nie tworzy zmarszczki na mojej twarzy. Ono jedynie pokazuje, że ona tam jest. Podobnie brat, który w miłości mówi mi prawdę, nie staje się moim przeciwnikiem tylko dlatego, że odsłonił coś niewygodnego. Może właśnie w tym momencie okazuje się jednym z największych darów, jakie Bóg postawił na mojej drodze. Problem zaczyna się wtedy, gdy każde zwrócenie uwagi odbieram jako atak, każdą korektę jako brak akceptacji, a ludzi, którzy mają odwagę powiedzieć mi prawdę, stopniowo odsuwam, pozostawiając wokół siebie tylko tych, którzy potwierdzają moje własne widzenie świata.
Do takiego braterstwa potrzebna jest jednak pokora po obu stronach. Jeden musi mieć odwagę powiedzieć prawdę bez poczucia wyższości, drugi – odwagę jej wysłuchać bez natychmiastowej obrony. Jeden powinien pamiętać o swojej belce, drugi nie może zakładać, że każda uwaga brata jest automatycznie prawdziwa. Obaj natomiast potrzebują Jezusa, bo to Jego Słowo jest prawdą i to ono ma nas „uświęcić w prawdzie”.
Może właśnie dlatego chrześcijańska mała grupa nie powinna być wyłącznie miejscem, w którym dobrze się czujemy. Powinna stawać się miejscem, w którym bezpiecznie możemy stanąć w prawdzie, bo wiem, że brat nie chce mnie poniżyć ani pokonać, lecz pomóc mi wzrastać, a ja pozwalam mu zobaczyć również te obszary mojego życia, których najchętniej nikomu bym nie pokazywał.
Wtedy zaczyna się wydarzać coś pięknego. Brat staje się lustrem, ja dzięki niemu widzę wyraźniej, pozwalam Jezusowi usuwać kolejne belki i sam powoli odzyskuję wzrok potrzebny do tego, żeby pomagać innym.
A wtedy możemy razem wrócić do Pawła i jego „biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii”, bo ewangelizacja nie będzie już działalnością człowieka przekonanego o własnej doskonałości. Stanie się świadectwem grzesznika, który sam nieustannie pozwala Jezusowi otwierać oczy, a ponieważ doświadczył Jego działania, nie potrafi zatrzymać tej Dobrej Nowiny wyłącznie dla siebie.
Może więc warto dziś zadać sobie trzy pytania: Czy naprawdę tęsknię za Jezusem? Czy jest we mnie pragnienie, żeby inni Go poznali? I czy mam choć jednego brata, któremu pozwoliłem powiedzieć mi prawdę o mnie?
Bo być może właśnie od tych trzech rzeczy – relacji, misji i braterstwa – zaczyna się dojrzewanie ucznia.




