01 października 2026. Czwartek XXVI tygodnia okresu zwykłego. Czytania: (Hi 19, 21-27); (Ps 27 (26), 7-8a. 8b-9c. 13-14); (Mk 1, 15); (Łk 10, 1-12);
Są takie słowa, które wypowiedziane w dobrym czasie brzmią pięknie, ale dopiero wypowiedziane w czasie próby pokazują swoją prawdziwą wagę, dlatego wyznanie Hioba: „Ja wiem: Wybawca mój żyje” robi tak wielkie wrażenie nie tylko ze względu na swoją treść, ale również ze względu na miejsce, z którego zostaje wypowiedziane. Nie mówi tego człowiek, któremu właśnie wszystko się poukładało i który na podstawie własnego powodzenia dochodzi do przekonania, że Bóg jest dobry, ale człowiek pozbawiony majątku, dzieci, zdrowia, społecznej pozycji, a teraz jeszcze oskarżany przez własnych przyjaciół, którzy zamiast współczuć, próbują udowodnić mu, że skoro tak cierpi, musiał sobie na to zasłużyć.
Hiob prosi ich właściwie już tylko o litość: „Zlitujcie się, przyjaciele moi, zlitujcie”, a zaraz potem pojawia się w nim pragnienie, żeby słowa, które za chwilę wypowie, nie zginęły razem z nim. Chce, żeby zostały zapisane w księdze, a nawet więcej — wyryte żelaznym rylcem na skale, jakby sam przeczuwał, że pośród wszystkich jego skarg, pytań i oskarżeń właśnie to zdanie powinno przetrwać: „Ja wiem: Wybawca mój żyje”. Nie jest to wiara łatwa ani oczywista, ponieważ rodzi się dokładnie w tym miejscu, w którym wszystkie widzialne argumenty mogłyby przemawiać przeciwko niej. Hiob nie mówi: wiem, że mój Wybawca żyje, ponieważ właśnie mnie wybawił, ale wyznaje Jego życie wtedy, kiedy wybawienia jeszcze nie widzi; nie mówi, że wszystko rozumie, lecz że pośród tego, czego nie rozumie, istnieje jedna rzeczywistość, której chce się uchwycić.
Jeszcze bardziej niezwykłe są następne słowa: „To właśnie ja Go zobaczę, moje oczy ujrzą, nie kto inny”. Tekst hebrajski tego fragmentu jest trudny i dlatego egzegeci dyskutują, czy Hiob rzeczywiście wyraża tutaj wprost wiarę w cielesne zmartwychwstanie po śmierci, czy raczej niezachwianą nadzieję, że ostatecznie sam stanie przed Bogiem i doczeka się usprawiedliwienia. Tradycja chrześcijańska od bardzo dawna odczytuje jednak te słowa w świetle Zmartwychwstania Chrystusa jako niezwykłą zapowiedź tego, co później stanie się jednym z centralnych wyznań naszej wiary: nie tylko moja dusza będzie żyła, ale ja zobaczę Boga, a zmartwychwstanie obejmie całego człowieka. Dlatego nie powiedziałbym z całkowitą pewnością, że mamy tutaj najstarsze biblijne wyznanie wiary w zmartwychwstanie ciała, choć tak bywa ono przedstawiane w tradycji chrześcijańskiej. Pierwsze jednoznaczne starotestamentalne teksty o powstaniu umarłych pojawiają się później, między innymi w Księdze Daniela, gdzie czytamy, że „wielu, co posnęli w prochu ziemi, zbudzi się”, oraz w Drugiej Księdze Machabejskiej. Hiob pozostaje jednak niezwykłym świadkiem rodzącej się nadziei, że śmierć i rozpad ciała nie mogą przekreślić ostatecznego spotkania człowieka z żyjącym Wybawcą.
Psalm podejmuje tę samą nadzieję, kiedy człowiek modli się: „Wierzę, że będę oglądał dobra Pana w krainie żyjących”, a następnie sam siebie wzywa: „Oczekuj Pana, bądź mężny, nabierz odwagi i oczekuj Pana”. Znowu nie mamy tutaj człowieka, który już otrzymał wszystko, o co prosił, ale człowieka oczekującego, który właśnie dlatego potrzebuje męstwa i odwagi, ponieważ pomiędzy obietnicą a jej spełnieniem pozostaje przestrzeń, w której trzeba wytrwać. To ważna lekcja również dla naszej modlitwy, ponieważ często łatwiej powiedzieć „wierzę” po fakcie, kiedy już zobaczyliśmy rozwiązanie problemu i możemy opowiedzieć historię o tym, jak Bóg zadziałał. Znacznie trudniej powiedzieć za Hiobem: „Ja wiem: Wybawca mój żyje”, kiedy wybawienie jeszcze nie przyszło, albo za psalmistą: „Wierzę, że będę oglądał dobra Pana”, kiedy obecna rzeczywistość wcale nie wygląda jeszcze jak „kraina żyjących”.
W tym miejscu Ewangelia przenosi nas w zupełnie inną sytuację, ale pozostawia w centrum tę samą dynamikę wiary, która musi zaufać Bogu i ruszyć, zanim zobaczy wszystko, co On zamierza zrobić. Jezus wysyła siedemdziesięciu dwóch uczniów do miejscowości, „dokąd sam przyjść zamierzał”, a więc posyła ich właściwie przed sobą, żeby przygotowali przestrzeń na Jego przyjście. To bardzo ciekawy obraz misji, ponieważ uczeń nie niesie siebie i nie ma być głównym wydarzeniem w miejscowości, do której przychodzi. Ma przygotować drogę Temu, który przyjdzie po nim, dlatego jego podstawowe orędzie jest niezwykle proste: „Przybliżyło się do was królestwo Boże”. Nie otrzymują od Jezusa rozbudowanego wykładu teologicznego ani zestawu odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania, ale dostają Ewangelię, pokój, polecenie uzdrawiania chorych i wiadomość, że Bóg jest blisko. Co więcej, Jezus nie czeka, aż osiągną jakiś wyobrażony poziom doskonałości ucznia, zanim pozwoli im cokolwiek zrobić, lecz posyła ich właśnie po to, żeby w drodze uczyli się, czym jest misja.
Warto to zauważyć, ponieważ często wyobrażamy sobie formację jako proces, który najpierw trzeba całkowicie zakończyć, aby dopiero później rozpocząć głoszenie. Najpierw powinienem wystarczająco dużo wiedzieć, uporządkować wszystkie własne problemy, zdobyć odpowiednie kompetencje, nauczyć się odpowiadać na trudne pytania, a kiedy będę wreszcie gotowy, będę mógł zacząć być misjonarzem. Problem polega na tym, że taki moment może nigdy nie nadejść. Jezus oczywiście formuje swoich uczniów, tłumaczy im, koryguje ich i pozwala im wzrastać, ale częścią tej formacji jest właśnie posłanie. Uczeń formuje się również wtedy, kiedy głosi Słowo i na własne oczy odkrywa, że ono działa; kiedy modli się za człowieka i doświadcza, że Bóg może odpowiedzieć; kiedy wchodzi do domu z prostym „Pokój temu domowi” i odkrywa, że nie on jest źródłem pokoju, który przynosi.
Być może właśnie dlatego Jezus posyła ich tak ubogich: bez trzosa, torby i dodatkowego zabezpieczenia. Nie chodzi jedynie o ascetyczny ideał ubóstwa, ale o doświadczenie, w którym uczeń zaczyna rozumieć, że skuteczność misji nie zależy ostatecznie od zasobności jego torby. Ma coś znacznie ważniejszego: został posłany przez Jezusa. I tutaj pojawia się pytanie bardzo aktualne również dla nas: dlaczego, skoro tyle razy widzieliśmy działanie Boga, nadal tak trudno jest nam głosić Ewangelię z prostotą i odwagą? Dlaczego łatwiej jest rozmawiać o Kościele, wartościach, moralności, problemach społecznych czy wydarzeniach religijnych niż powiedzieć drugiemu człowiekowi po prostu, że Jezus żyje, że można Go spotkać, że Jego królestwo jest blisko i że warto powierzyć Mu swoje życie?
Może czasami komplikujemy przekaz dlatego, że prostota Ewangelii pozostawia nas bardziej bezbronnych. Kiedy buduję rozbudowaną argumentację, mogę oprzeć się na własnej wiedzy, inteligencji i retoryce, natomiast kiedy mówię człowiekowi: „Przybliżyło się do ciebie królestwo Boże”, muszę zaufać, że za moimi słowami rzeczywiście stoi Ktoś większy ode mnie. Uczniowie zostają wysłani właśnie w taki sposób i dopiero później wrócą do Jezusa zdumieni tym, czego doświadczyli. Odkryją, że kiedy działali w Jego imię, wydarzyło się znacznie więcej, niż sami potrafiliby zrobić. Misja stanie się częścią ich formacji, ponieważ zobaczą nie tylko, czego Jezus naucza, ale również jak Jego Słowo działa poprzez ich posłuszeństwo.
Jezus przygotowuje ich jednak również na drugą możliwość: mogą zostać odrzuceni. Nie każde miasto ich przyjmie, nie każdy dom otworzy drzwi i nie każdy człowiek uwierzy, dlatego uczeń musi nauczyć się czegoś, co dla ludzi zaangażowanych w ewangelizację bywa niezwykle trudne — odpowiedzialności za głoszenie bez brania odpowiedzialności za cudzą odpowiedź.
Strząśnięcie prochu z nóg jest mocnym prorockim znakiem, a nie gestem obrażonego misjonarza, który chce ukarać tych, którzy go nie posłuchali. Uczniowie mają powiedzieć prawdę, pozostawić czytelny znak i iść dalej, ponieważ nie mogą wymusić wiary. Co więcej, nawet wobec tych, którzy ich odrzucają, przesłanie pozostaje niezmienne: „Wszakże to wiedzcie, że bliskie jest królestwo Boże”. Królestwo nie przestaje być blisko tylko dlatego, że ktoś je odrzucił. Może właśnie tutaj spotykają się Hiob i siedemdziesięciu dwóch uczniów. Hiob nie widzi jeszcze wybawienia, ale mówi: „Wybawca mój żyje”. Uczniowie nie wiedzą jeszcze, co wydarzy się w miastach, do których zostają posłani, ale idą, ponieważ uwierzyli Temu, który ich posyła. W obu przypadkach wiara nie jest reakcją na rezultat, który już można zobaczyć, ale decyzją podjętą przed rezultatem.
Chrześcijanin nie głosi przecież przede wszystkim własnej pewności siebie ani własnych sukcesów. Głosi coś bardzo podobnego do wyznania Hioba: Wybawca żyje. I być może właśnie takiej prostoty najbardziej potrzebujemy. Nie muszę znać odpowiedzi na każde pytanie, żeby powiedzieć drugiemu człowiekowi, co sam zobaczyłem i Komu uwierzyłem; nie muszę być skończonym uczniem, żeby rozpocząć misję, ponieważ część mojej formacji dokona się właśnie wtedy, kiedy wyjdę z bezpiecznego miejsca i zobaczę, że Bóg potrafi działać również przeze mnie.
„Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało” nie jest więc jedynie wezwaniem do modlitwy o jakichś przyszłych, lepiej przygotowanych ewangelizatorów. Jezus każe uczniom prosić Pana żniwa o robotników, a chwilę później mówi właśnie do nich: „Idźcie!”
Możliwe więc, że odpowiedź na naszą modlitwę o robotników zaczyna się czasami od odkrycia, że Bóg zamierza posłać właśnie nas — jeszcze niegotowych, wciąż uczących się, bez odpowiedzi na wszystkie pytania, ale z jednym wyznaniem, które naprawdę warto byłoby wyryć na skale:
Ja wiem: Wybawca mój żyje.




