08 października 2026. Czwartek XXVII tygodnia okresu zwykłego. Czytania: (Ga 3, 1-5); (Łk 1, 69-70. 71-73. 74-75); (Dz 16, 14b); (Łk 11, 5-13);
W relacji z Bogiem bardzo łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że na Jego miłość trzeba sobie zasłużyć, a skoro otrzymujemy od Niego tak wiele, powinniśmy nieustannie udowadniać, że jesteśmy godni Jego darów. Zaczynamy więc mierzyć własną wartość ilością odmówionych modlitw, podejmowanych wyrzeczeń, wykonanych dobrych uczynków czy zaangażowaniem w życie Kościoła, a kiedy przychodzi słabość, upadek albo zwyczajne zmęczenie, pojawia się obawa, że Bóg będzie nami rozczarowany i być może ograniczy swoją życzliwość. W ten sposób, nawet nie zauważając, możemy zamienić relację miłości w system religijnych rozliczeń, w którym człowiek nieustannie próbuje zapracować na coś, co Bóg od początku pragnie mu ofiarować.
Właśnie przed takim sposobem myślenia święty Paweł przestrzega Galatów, którym z niezwykłą stanowczością przypomina, że otrzymali Ducha Świętego nie dzięki uczynkom wymaganym przez Prawo, lecz przez przyjęcie Ewangelii z wiarą. Apostoł nie kwestionuje wartości dobrych czynów ani potrzeby posłuszeństwa Bogu, ale sprzeciwia się przekonaniu, że człowiek może własnym wysiłkiem zdobyć usprawiedliwienie i w ten sposób zobowiązać Boga do udzielenia mu łaski. Chrześcijaństwo zaczyna się bowiem od wydarzenia, którego sami nie mogliśmy dokonać: Jezus Chrystus oddał za nas życie, zanim byliśmy w stanie uczynić cokolwiek, co mogłoby stanowić zapłatę za Jego miłość.
Dlatego Paweł pyta Galatów, dlaczego rozpocząwszy życie w Duchu, próbują teraz doprowadzić je do doskonałości własnymi siłami. To pytanie dotyka również naszej codzienności, ponieważ nawet wtedy, gdy dobrze rozumiemy, że zbawienie jest darem, bardzo łatwo wracamy do przekonania, że dalszy rozwój duchowy zależy już przede wszystkim od naszej sprawności, konsekwencji i religijnej wydajności. Tymczasem łaska nie jest jedynie pomocą udzieloną człowiekowi na początku drogi, po której Bóg pozostawia go samemu sobie, lecz stanowi nieustanne źródło chrześcijańskiego życia, przemieniając nasze serce i uzdalniając nas do współpracy z Jego działaniem.
Nie oznacza to oczywiście, że nasze wysiłki są niepotrzebne, ponieważ miłość zawsze zaprasza do odpowiedzi, a otrzymany dar domaga się przyjęcia i rozwijania. Istnieje jednak zasadnicza różnica pomiędzy człowiekiem, który podejmuje dobre czyny, aby zasłużyć na miłość Boga, a człowiekiem, który podejmuje je dlatego, że już został przez Boga umiłowany. Zewnętrznie ich życie może wyglądać bardzo podobnie, ponieważ obaj będą się modlić, pracować, pomagać innym i podejmować wyrzeczenia, ale wewnętrznie będą kierować nimi zupełnie inne motywacje. Pierwszy będzie żył pod presją konieczności udowadniania własnej wartości, podczas gdy drugi będzie stopniowo odkrywał wolność dziecka, które nie musi kupować miłości Ojca, lecz może z wdzięcznością na nią odpowiadać.
Właśnie tę wolność odnajdujemy w dzisiejszym kantyku Zachariasza, który wielbi Boga za spełnienie obietnicy zbawienia i zapowiada, że wyzwoleni z mocy nieprzyjaciół będziemy mogli służyć Mu „bez trwogi, w pobożności i sprawiedliwości przed Nim po wszystkie dni nasze”. To niezwykle piękna perspektywa, ponieważ Bóg nie wyzwala człowieka po to, aby następnie podporządkować go nowemu systemowi lęku i zależności, lecz aby jego służba wypływała z wolności, wdzięczności i miłości. Nie chodzi przy tym o uwolnienie od wszelkich trudności czy odpowiedzialności, ale o przemianę samego fundamentu relacji z Bogiem, w której miejsce strachu przed odrzuceniem zajmuje zaufanie do Ojca wiernego swojemu przymierzu.
Możemy więc postawić sobie pytanie, z jakiego miejsca rodzi się nasza służba Bogu i ludziom, szczególnie wtedy, gdy angażujemy się w życie wspólnoty, podejmujemy odpowiedzialność za innych albo próbujemy sprostać oczekiwaniom związanym z naszym powołaniem. Czy działamy dlatego, że odkryliśmy, jak bardzo zostaliśmy obdarowani, czy może dlatego, że nieustannie próbujemy potwierdzać swoją przydatność i zasłużyć na uznanie? Czy potrafimy odpoczywać w obecności Boga, wiedząc, że pozostajemy Jego dziećmi również wtedy, gdy niczego nie organizujemy, nikomu nie pomagamy i nie osiągamy żadnych widocznych rezultatów?
Ewangelia prowadzi nas jeszcze głębiej w tę samą prawdę, ponieważ Jezus zachęca uczniów do modlitwy wytrwałej, odważnej, a nawet tak natarczywej, jak prośba człowieka, który przychodzi do przyjaciela w środku nocy i nie przestaje kołatać do jego drzwi. Moglibyśmy odczytać tę przypowieść jako wezwanie do wywierania presji na Bogu, który dopiero po odpowiednio długim naleganiu zgadza się spełnić nasze prośby, jednak dalsze słowa Jezusa pokazują, że chodzi o coś zupełnie innego. Bóg nie jest bowiem niechętnym gospodarzem, którego trzeba zmusić do otwarcia drzwi, lecz dobrym Ojcem, którego hojność przewyższa nawet miłość ziemskich rodziców.
Jezus zachęca więc do wytrwałości nie dlatego, że Ojciec jest oporny, ale dlatego, że możemy Mu ufać nawet wtedy, gdy nie rozumiemy Jego odpowiedzi albo nie widzimy natychmiastowych owoców modlitwy. Człowiek, który wierzy, że musi zasłużyć na Bożą przychylność, może obawiać się prosić, ponieważ nie wie, czy zrobił już wystarczająco dużo, aby zostać wysłuchanym. Dziecko natomiast przychodzi do ojca ze swoją potrzebą właśnie dlatego, że jest dzieckiem, a nie dlatego, że wcześniej wykonało określoną liczbę dobrych uczynków. W takiej relacji wytrwałość nie jest próbą przełamania Bożego oporu, lecz wyrazem zaufania, które pozwala nie rezygnować z modlitwy nawet pośród trudności i pozornego milczenia.
Najważniejsze jest jednak zakończenie dzisiejszej Ewangelii, ponieważ Jezus, mówiąc o chlebie, rybie i jajku, prowadzi uczniów do daru znacznie większego niż zaspokojenie ich doraźnych potrzeb: „O ileż bardziej Ojciec z nieba udzieli Ducha Świętego tym, którzy Go proszą”. Właśnie tutaj Ewangelia spotyka się bezpośrednio z Listem do Galatów, ponieważ Paweł przypomina o Duchu, którego wierzący już otrzymali dzięki wierze, a Jezus zachęca, aby nieustannie prosili Ojca o Jego dar. Nie chodzi zatem o to, że Duch Święty jest nagrodą za odpowiednio wytrwałą modlitwę, lecz o to, że sam Bóg pragnie udzielać nam swojego życia, umacniać nas i prowadzić, abyśmy mogli wzrastać w tym, do czego zostaliśmy powołani.
Być może właśnie dlatego tak bardzo potrzebujemy uczyć się modlitwy, która nie będzie kolejnym zadaniem do wykonania ani religijnym obowiązkiem służącym poprawianiu naszego bilansu zasług, ale stanie się przestrzenią przyjmowania Bożej miłości. Możemy przychodzić do Ojca z całą naszą biedą, słabością, niekonsekwencją i niepokojem, ponieważ nie musimy najpierw udowodnić, że zasługujemy na Jego uwagę. Możemy również prosić wytrwale, a nawet natarczywie, ponieważ nasza ufność nie opiera się na przekonaniu o własnej doskonałości, lecz na pewności, że Bóg jest dobry i pragnie naszego zbawienia.
Dzisiejsze czytania zapraszają nas więc do bardzo konkretnego nawrócenia, które polega na porzuceniu logiki zasługiwania na rzecz logiki łaski. Paweł przypomina, że wszystko zaczęło się od daru Ducha Świętego, Zachariasz pokazuje, że owocem Bożego wyzwolenia jest służba bez trwogi, a Jezus uczy nas wytrwałego zwracania się do Ojca, który nie odmawia swoim dzieciom tego, co rzeczywiście prowadzi je do życia.
Warto zatem zapytać, czy moja modlitwa, służba i codzienne starania wypływają z przekonania, że jestem kochanym dzieckiem Boga, czy raczej z obawy, że muszę nieustannie zasługiwać na Jego miłość. Być może największą przemianą, do której dzisiaj zaprasza nas Jezus, nie będzie podjęcie kolejnego religijnego obowiązku, lecz odkrycie, że mogę służyć Bogu bez trwogi, ponieważ zanim cokolwiek dla Niego uczyniłem, On już mnie umiłował i obdarował swoją łaską.




