14 października 2026. Środa XXVIII tygodnia okresu zwykłego. Czytania: (Ga 5, 18-25); (Ps 1, 1-2. 3. 4 i 6); (J 10, 27); (Łk 11, 42-46);
Można być człowiekiem głęboko zaangażowanym w życie religijne, regularnie uczestniczyć w liturgii, podejmować liczne inicjatywy ewangelizacyjne, troszczyć się o zachowanie kościelnych zasad, a jednocześnie w codziennych relacjach pozostawiać po sobie atmosferę napięcia, niezgody, rywalizacji i wzajemnych oskarżeń. Można również bardzo gorliwie bronić prawdy, a przy tym tak mocno ranić innych sposobem jej przekazywania, że zamiast prowadzić ich ku Chrystusowi, stopniowo zniechęcamy ich do spotkania z Bogiem. Dzisiejsze czytania stawiają nas wobec pytania, którego nie da się rozstrzygnąć samą deklaracją wiary ani wykazem religijnych osiągnięć, ponieważ ostatecznie chodzi o to, jakie owoce rzeczywiście rodzi nasze życie.
Święty Paweł przedstawia Galatom dwa sposoby postępowania, które określa jako życie według ciała i życie według Ducha, wskazując, że prowadzą one do zupełnie odmiennych konsekwencji. Nie chodzi przy tym o przeciwstawienie materialnego ciała ludzkiego niematerialnej duszy, jak gdyby nasza cielesność była sama w sobie czymś złym, ponieważ w języku Apostoła „ciało” oznacza tutaj przede wszystkim człowieka poddanego nieuporządkowanym pragnieniom, który próbuje żyć bez poddania się prowadzeniu Ducha Świętego. Dlatego wśród uczynków ciała znajdujemy nie tylko grzechy związane z seksualnością czy nadużywaniem alkoholu, ale również nienawiść, spory, zawiść, gniew, pogoń za zaszczytami, niezgodę, rozłamy i zazdrość, a więc postawy, które mogą rozwijać się nawet w środowiskach bardzo religijnych.
Warto zatrzymać się właśnie przy tej części Pawłowego katalogu, ponieważ znacznie łatwiej dostrzegamy uczynki ciała wtedy, gdy dotyczą one zachowań powszechnie uznawanych za moralnie naganne, niż wtedy, gdy przybierają postać konfliktów, ambicji albo rywalizacji wewnątrz wspólnoty. Możemy przecież nie dopuszczać się żadnych szczególnie gorszących czynów, a jednocześnie pielęgnować urazę wobec drugiego człowieka, zazdrościć mu uznania, podważać jego autorytet albo angażować się w spory, których prawdziwym źródłem nie jest troska o dobro wspólne, lecz nasze zranione ego. Właśnie dlatego Paweł nie pozwala nam ograniczyć rachunku sumienia do najbardziej oczywistych grzechów, ale zaprasza do przyjrzenia się temu, co dzieje się w naszych relacjach.
Zupełnie inaczej wygląda życie człowieka, który pozwala prowadzić się Duchowi Świętemu, ponieważ jego postępowanie stopniowo zaczyna przynosić owoce miłości, radości, pokoju, cierpliwości, uprzejmości, dobroci, wierności, łagodności i opanowania. Paweł mówi przy tym o „owocu Ducha” w liczbie pojedynczej, jak gdyby chciał podkreślić, że nie mamy do czynienia z przypadkowym zestawem niezależnych zalet, lecz z różnymi przejawami jednego życia, którego źródłem jest obecność Ducha Świętego. Człowiek rzeczywiście otwarty na Jego działanie nie musi być doskonały ani pozbawiony słabości, ale powinien stopniowo stawać się bardziej zdolny do miłości, pojednania, cierpliwego znoszenia trudności i odpowiedzialnego panowania nad własnymi reakcjami.
To bardzo ważne rozróżnienie, ponieważ owoce Ducha nie są jedynie wynikiem pracy nad charakterem, chociaż taka praca pozostaje potrzebna, lecz rodzą się ze współpracy człowieka z łaską Boga. Można nauczyć się uprzejmych zachowań, wypracować skuteczne techniki komunikacji i kontrolować emocje, a jednak nadal kierować się przede wszystkim własną korzyścią, potrzebą uznania albo pragnieniem dominowania nad innymi. Duch Święty prowadzi nas głębiej, ponieważ nie ogranicza się do poprawiania zewnętrznych zachowań, ale przemienia źródło naszych decyzji, aby dobro, które czynimy, coraz bardziej wypływało z autentycznej miłości.
Psalm pierwszy rozwija tę samą prawdę, posługując się obrazem drzewa zasadzonego nad płynącą wodą, które wydaje owoc we właściwym czasie i którego liście nie więdną. Drzewo nie musi nieustannie udowadniać swojej wartości ani podejmować nadzwyczajnych wysiłków, aby zasłużyć na możliwość owocowania, ponieważ jego zdolność do wydawania owoców wynika przede wszystkim z zakorzenienia w miejscu, gdzie ma stały dostęp do życiodajnej wody. Podobnie człowiek, który znajduje upodobanie w Bożym słowie i rozważa je dniem i nocą, stopniowo pozwala, aby prawda Boga kształtowała jego sposób myślenia, wybory i relacje, dzięki czemu jego życie zaczyna przynosić owoce odpowiadające otrzymanej łasce.
W tym obrazie odnajdujemy również ważne przypomnienie dotyczące cierpliwości, ponieważ psalmista mówi, że drzewo wydaje owoc „w swoim czasie”, a więc niekoniecznie wtedy, kiedy człowiek chciałby natychmiast zobaczyć rezultaty swojej pracy. Duchowy wzrost wymaga czasu, wierności i gotowości do przyjmowania Bożego prowadzenia również wtedy, gdy nie dostrzegamy jeszcze wyraźnych zmian. Możemy przecież podejmować modlitwę, rozważać Pismo Święte, korzystać z sakramentów i pracować nad własnym charakterem, a mimo to przez długi czas zmagać się z tymi samymi słabościami, dlatego tak ważne jest, aby nie mylić powolnego dojrzewania z brakiem działania Boga.
Jednocześnie obraz drzewa przypomina, że owocowanie nie jest celem oderwanym od źródła życia, ponieważ najważniejsze pozostaje zakorzenienie w Bogu. Jeśli człowiek zaczyna koncentrować się wyłącznie na własnej skuteczności, liczbie zrealizowanych inicjatyw albo widocznych rezultatach swojej działalności, może stopniowo zaniedbywać relację, z której powinno wypływać całe jego zaangażowanie. Wtedy nawet dobre dzieła zaczynają przynosić owoce niezgodne z Ewangelią, ponieważ towarzyszą im coraz większe napięcia, ambicje, konflikty i poczucie wyższości wobec innych.
Właśnie w tym kontekście warto odczytać dzisiejszą Ewangelię, w której Jezus wypowiada niezwykle ostre słowa pod adresem faryzeuszy i uczonych w Prawie. Zarzuca im, że skrupulatnie oddają dziesięcinę z mięty, ruty i innych roślin, a jednocześnie pomijają sprawiedliwość i miłość Bożą, przez co ich religijna gorliwość okazuje się oderwana od tego, co powinno stanowić jej najważniejszy fundament. Jezus nie kwestionuje samego przestrzegania przepisów, ponieważ wyraźnie mówi, że należało czynić jedno, nie pomijając drugiego, lecz sprzeciwia się takiemu sposobowi przeżywania religii, w którym sprawy drugorzędne zaczynają przesłaniać istotę Bożych wymagań.
Jeszcze mocniej brzmią słowa dotyczące zamiłowania do pierwszych miejsc w synagogach i pozdrowień na rynku, ponieważ Jezus wskazuje na pragnienie uznania, które może ukrywać się pod pozorem religijnej gorliwości. Człowiek może przecież pełnić ważne funkcje, posiadać rozległą wiedzę religijną i cieszyć się autorytetem we wspólnocie, a jednocześnie stopniowo uzależniać swoje poczucie wartości od zajmowanego miejsca, otrzymywanych pochwał i wpływu na innych. W takiej sytuacji nawet służba Bogu może zostać podporządkowana własnej ambicji, a to, co zewnętrznie wygląda na troskę o wspólnotę, zaczyna rodzić owoce rywalizacji, niezgody i zazdrości.
Jezus porównuje również swoich rozmówców do niewidocznych grobów, po których ludzie przechodzą, nie zdając sobie sprawy z ich obecności, co w ówczesnym kontekście religijnym stanowiło szczególnie mocny obraz ukrytej nieczystości. Człowiek, który z zewnątrz sprawia wrażenie religijnie poprawnego, może bowiem nie tylko sam pozostawać daleko od Bożej sprawiedliwości, ale również nieświadomie prowadzić innych ku postawom sprzecznym z Ewangelią. Dlatego Jezus tak stanowczo odsłania problem, którego nie da się rozwiązać jedynie przez zwiększenie liczby praktyk religijnych albo jeszcze dokładniejsze przestrzeganie zewnętrznych zasad.
Kiedy jeden z uczonych w Prawie zwraca uwagę, że słowa Jezusa obrażają również jego środowisko, Chrystus nie wycofuje się ze swojej diagnozy, lecz wskazuje na kolejny przejaw religijnej niesprawiedliwości, polegający na nakładaniu na innych ciężarów, których sami nauczyciele nie chcą pomagać im dźwigać. To niezwykle ważne ostrzeżenie dla wszystkich, którzy podejmują odpowiedzialność za prowadzenie innych ludzi, ponieważ autentyczne przywództwo duchowe nie może ograniczać się do formułowania wymagań, kontrolowania ich realizacji i oceniania cudzych postępów. Człowiek, który rzeczywiście pozwala prowadzić się Duchowi Świętemu, powinien raczej pomagać innym wzrastać, towarzyszyć im w trudnościach i wspierać ich w podejmowaniu odpowiedzialności za własne życie.
Czy Jezus celowo prowokuje swoich rozmówców, wypowiadając tak ostre słowa? Możemy powiedzieć, że Jego nauczanie rzeczywiście ma charakter konfrontacyjny, ale celem tej konfrontacji nie jest upokorzenie faryzeuszy ani wywołanie konfliktu dla samego konfliktu, lecz odsłonięcie prawdy, która może stać się początkiem nawrócenia. Jezus nie godzi się na religijną obłudę, ponieważ wie, jak wielkie szkody może ona wyrządzić zarówno człowiekowi, który ją praktykuje, jak i tym, którzy powierzają mu swoje duchowe prowadzenie. Jego słowa są więc wyrazem prorockiej troski o prawdę, sprawiedliwość i miłość, choć dla słuchaczy przywiązanych do własnego autorytetu mogą brzmieć jak osobisty atak.
Warto jednak zauważyć, że również my możemy wykorzystywać tę Ewangelię w sposób, który prowadzi do dokładnie odwrotnych owoców niż te, do których wzywa Jezus. Bardzo łatwo przecież odczytać Jego słowa jako potwierdzenie naszych negatywnych ocen innych ludzi, szczególnie tych, którzy pełnią funkcje religijne albo reprezentują odmienne od naszych sposoby przeżywania wiary. Możemy z wielkim przekonaniem piętnować cudzą obłudę, pychę i pogoń za zaszczytami, a jednocześnie nie zauważać, że sposób prowadzenia naszej krytyki rodzi gniew, niezgodę, rozłamy i poczucie wyższości, które Paweł wymienia właśnie wśród uczynków ciała.
Dlatego dzisiejsza Ewangelia nie powinna stać się dla nas przede wszystkim narzędziem oceniania innych, lecz zaproszeniem do uczciwego przyjrzenia się własnemu sercu. Czy moja gorliwość religijna rzeczywiście prowadzi do większej miłości, cierpliwości i łagodności, czy może coraz częściej towarzyszą jej irytacja, osądzanie innych i przekonanie, że tylko ja właściwie rozumiem wolę Boga? Czy kiedy upominam drugiego człowieka, naprawdę pragnę jego dobra i nawrócenia, czy raczej szukam sposobu, aby udowodnić swoją rację albo umocnić własny autorytet? Czy potrafię stawiać wymagania, jednocześnie pomagając innym je wypełniać, czy może łatwiej przychodzi mi wskazywanie cudzych błędów niż cierpliwe towarzyszenie w drodze?
Paweł przypomina, że ci, którzy należą do Chrystusa, ukrzyżowali swoje ciało wraz z jego namiętnościami i pożądaniami, a następnie dodaje, że skoro mamy życie od Ducha, powinniśmy również według Ducha postępować. To wezwanie nie oznacza, że człowiek wierzący przestaje doświadczać pokus, trudnych emocji czy wewnętrznych zmagań, ponieważ duchowe dojrzewanie pozostaje procesem, w którym nieustannie uczymy się podporządkowywać swoje pragnienia miłości Boga. Oznacza jednak, że nie możemy usprawiedliwiać własnych grzechów religijnym zaangażowaniem ani traktować dobrych dzieł jako rekompensaty za krzywdy wyrządzane innym.
Warto więc dzisiaj spojrzeć na swoje życie nie tylko przez pryzmat tego, co robimy dla Boga, ale również przez pryzmat tego, co nasze działania pozostawiają w sercach innych ludzi. Czy po spotkaniu z nami ludzie doświadczają większego pokoju, nadziei i zaufania, czy raczej napięcia, lęku i poczucia bycia ocenianymi? Czy nasze zaangażowanie buduje jedność, czy prowadzi do niepotrzebnych podziałów? Czy potrafimy cieszyć się sukcesami innych, czy może ich powodzenie budzi w nas zazdrość i poczucie zagrożenia?
Ostatecznie nie wystarczy pytać, ile dobrych rzeczy zrobiliśmy, ponieważ równie ważne jest to, z jakiego ducha wypływały nasze działania i jakie owoce przyniosły w życiu innych ludzi. Możemy bowiem realizować bardzo wartościowe przedsięwzięcia, a jednocześnie pozwalać, aby towarzyszyły im ambicja, rywalizacja i niezgoda, podobnie jak możemy podejmować pozornie niewielkie gesty miłości, które stają się dla innych źródłem pokoju, nadziei i doświadczenia Bożej obecności.
Dzisiejsze Słowo zaprasza nas do powrotu do źródła, którym jest sam Chrystus, ponieważ tylko człowiek zakorzeniony w Jego miłości może stopniowo wydawać owoce Ducha Świętego. Nie chodzi więc o to, abyśmy własnymi siłami próbowali wyprodukować w sobie wszystkie chrześcijańskie cnoty, ale abyśmy pozwalali Duchowi Świętemu przemieniać nasze serce, ucząc się współpracować z Jego łaską w codziennych wyborach, relacjach i sposobie reagowania na trudności.
Jakie owoce rodzi moje życie? To pytanie warto dzisiaj postawić sobie z całą powagą, ponieważ nie wystarczy wiedzieć, czym różnią się uczynki ciała od owocu Ducha, jeżeli nie pozwolimy, aby ta prawda stała się kryterium oceny naszego własnego postępowania. Być może właśnie w tym prostym pytaniu kryje się droga do głębszego nawrócenia, dzięki któremu nasza wiara przestanie być jedynie zbiorem praktyk i przekonań, a coraz bardziej stanie się życiem prowadzonym przez Ducha Świętego.




