15 października 2026. Czwartek XXVIII tygodnia zwykłego. Czytania: (Ef 1, 1-10); (Ps 98 (97), 1bcde. 2-3b. 3c-4. 5-6); Aklamacja (J 14, 6); (Łk 11, 47-54);
Czy można być człowiekiem religijnym, dobrze znać Pismo Święte, przestrzegać kościelnych zasad, a nawet podejmować odpowiedzialność za duchowe prowadzenie innych, i jednocześnie stać się przeszkodą na ich drodze do Boga? Dzisiejsza Ewangelia pokazuje, że jest to nie tylko możliwe, ale również stanowi jedno z najpoważniejszych niebezpieczeństw, przed którymi Jezus przestrzega swoich słuchaczy, ponieważ religijność oderwana od prawdy, miłości i pokory może stopniowo zamieniać się w system, który bardziej chroni własny autorytet niż pomaga człowiekowi spotkać żywego Boga. Tymczasem pierwsze czytanie i psalm ukazują nam zupełnie inny obraz, w którym Bóg nieustannie wychodzi ku człowiekowi, obdarza go łaską i otwiera przed nim drogę do zbawienia.
Święty Paweł rozpoczyna List do Efezjan od słów skierowanych do „świętych” i wiernych w Chrystusie Jezusie, co może nas nieco zaskakiwać, ponieważ przywykliśmy nazywać świętymi przede wszystkim tych, których Kościół oficjalnie wyniósł na ołtarze. Tymczasem Apostoł używa tego określenia wobec wspólnoty ludzi wierzących, którzy przez chrzest zostali włączeni w Chrystusa i powołani do uczestnictwa w Jego świętości, chociaż ich codzienne życie nadal wymaga nawrócenia i dojrzewania. Świętość nie jest więc w pierwszej kolejności nagrodą za wyjątkowe osiągnięcia moralne, lecz darem i powołaniem, które otrzymujemy od Boga, aby następnie coraz pełniej odpowiadać na nie całym swoim życiem.
Warto zauważyć, że Paweł nie rozpoczyna od wyliczania obowiązków chrześcijanina ani od wskazywania błędów, których należy unikać, lecz od uwielbienia Boga za niezwykłe bogactwo otrzymanej łaski. Przypomina, że zostaliśmy wybrani w Chrystusie jeszcze przed założeniem świata, przeznaczeni do przybranego synostwa, obdarowani odkupieniem przez Jego krew i odpuszczeniem grzechów, a wszystko to dokonuje się nie ze względu na nasze zasługi, lecz według bogactwa Bożej miłości. Apostoł odsłania w ten sposób fundament chrześcijańskiej tożsamości, ponieważ zanim zaczniemy pytać, co powinniśmy zrobić dla Boga, musimy odkryć, jak wiele On już uczynił dla nas.
Szczególnie poruszające są słowa o łasce, którą Bóg szczodrze wylał na nas wraz z wszelką mądrością i zrozumieniem, ponieważ pokazują, że zbawienie nie polega jedynie na przebaczeniu grzechów, ale obejmuje również wprowadzenie człowieka w poznanie Bożego zamysłu. Bóg nie traktuje nas jak bezwolnych wykonawców poleceń, którym wystarczy przekazać zbiór nakazów i zakazów, lecz zaprasza nas do coraz głębszego rozumienia Jego miłości, abyśmy mogli świadomie i odpowiedzialnie współpracować z otrzymaną łaską. Objawienie nie jest więc wiedzą zarezerwowaną dla wąskiej grupy religijnych specjalistów, ale darem, dzięki któremu każdy człowiek może odkrywać, kim jest Bóg i do jakiego życia go powołuje.
Paweł wskazuje również ostateczny cel całego Bożego działania, kiedy pisze o zamyśle zjednoczenia wszystkiego w Chrystusie jako Głowie, zarówno tego, co w niebiosach, jak i tego, co na ziemi. Nie chodzi więc jedynie o zbawienie pojedynczych ludzi, którzy mają osiągnąć własną doskonałość, lecz o wielkie dzieło pojednania i odnowienia całego stworzenia, w którym Chrystus staje się centrum jedności. To bardzo ważna perspektywa również dla naszego rozumienia Kościoła, ponieważ wspólnota wierzących nie powinna być miejscem rywalizacji o wpływy, pozycję i religijny autorytet, ale przestrzenią, w której ludzie uczą się odkrywać swoją jedność w Jezusie Chrystusie.
Psalm dziewięćdziesiąty ósmy rozwija tę samą myśl, ogłaszając, że Pan ukazał swoje zbawienie na oczach narodów i objawił swoją sprawiedliwość aż po krańce ziemi. Psalmista przypomina przy tym o Bożej dobroci i wierności wobec domu Izraela, dzięki czemu możemy dostrzec, że powszechność zbawienia nie oznacza zapomnienia o pierwszym wybraniu, lecz objawia wierność Boga, który realizuje swoje obietnice i stopniowo odsłania ich znaczenie dla całej ludzkości. Izrael pozostaje świadkiem Bożej wierności, a narody zostają zaproszone do udziału w błogosławieństwie, którego pełnię chrześcijanie rozpoznają w Jezusie Chrystusie.
W tym miejscu pojawia się niezwykle ważne pytanie o naszą odpowiedzialność za przekazywanie wiary, ponieważ skoro Bóg pragnie, aby Jego zbawienie dotarło aż po krańce ziemi, to każdy chrześcijanin powinien być człowiekiem, który pomaga innym odkrywać drogę do Niego. Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy zostaliśmy powołani do głoszenia konferencji, prowadzenia rekolekcji czy podejmowania formalnej posługi ewangelizacyjnej, ponieważ świadectwo wiary dokonuje się również przez codzienną uczciwość, sposób traktowania bliskich, gotowość do przebaczenia i odpowiedzialność za powierzone nam zadania. Jednak niezależnie od formy naszego zaangażowania pozostaje pytanie, czy ludzie, którzy nas spotykają, mogą dzięki nam łatwiej rozpoznać dobroć i miłość Boga.
Właśnie w tym kontekście niezwykle mocno wybrzmiewają słowa Jezusa skierowane do faryzeuszy i uczonych w Prawie, którym zarzuca, że budują grobowce prorokom, choć jednocześnie kontynuują postawę odrzucenia wobec Bożych wysłanników. Można przecież z wielkim szacunkiem wspominać ludzi, którzy w przeszłości odważnie głosili prawdę, a jednocześnie nie być gotowym przyjąć podobnego wezwania, kiedy zostaje ono skierowane do nas samych. Łatwo podziwiać proroków, których słowa znamy już z kart Pisma Świętego, ponieważ ich nauczanie zostało oswojone przez tradycję, znacznie trudniej natomiast przyjąć prorockie upomnienie, które dzisiaj podważa nasze przyzwyczajenia, odsłania niewygodne fakty albo wzywa do rzeczywistej zmiany postępowania.
Nie oznacza to, że Jezus potępia wszystkich faryzeuszy czy cały naród Izraela, ponieważ sam należy do tego narodu, a Jego pierwsi uczniowie wyrastają z tej samej tradycji religijnej. Chrystus podejmuje raczej prorocką konfrontację z konkretnymi postawami, które prowadzą do odrzucenia Bożego wezwania, a ostrzeżenie skierowane do ówczesnych przywódców religijnych pozostaje aktualne również dla wszystkich, którzy w kolejnych pokoleniach podejmują odpowiedzialność za przekazywanie wiary. Niebezpieczeństwo religijnej obłudy nie jest bowiem związane z pochodzeniem ani przynależnością do określonej grupy, lecz z ludzką skłonnością do zastępowania żywej relacji z Bogiem troską o własną pozycję, autorytet i zewnętrzną poprawność.
Najbardziej przejmujące słowa padają jednak wtedy, gdy Jezus zwraca się do uczonych w Prawie: „Wzięliście klucze poznania; sami nie weszliście, a przeszkodziliście tym, którzy wejść chcieli”. To oskarżenie dotyka samej istoty odpowiedzialności za duchowe prowadzenie innych, ponieważ człowiek obdarzony znajomością Pisma Świętego i religijnej tradycji powinien pomagać innym odkrywać Boga, a nie wykorzystywać swoją wiedzę do budowania dystansu, podkreślania własnej wyższości albo nakładania ciężarów, które zniechęcają do wiary. Wiedza religijna staje się bowiem prawdziwą służbą dopiero wtedy, gdy prowadzi do spotkania z Bogiem i pomaga człowiekowi odpowiadać na Jego miłość.
Możemy tutaj dostrzec niezwykle mocny kontrast z pierwszym czytaniem, ponieważ Paweł ogłasza, że Bóg szczodrze obdarzył nas mądrością i zrozumieniem, odsłaniając tajemnicę swojej woli, natomiast Jezus przestrzega przed ludźmi, którzy otrzymane poznanie zamieniają w narzędzie utrudniające innym dostęp do prawdy. Bóg otwiera człowiekowi drogę do zbawienia, a człowiek potrafi tę drogę zasłonić własną pychą, obłudą i religijnym zacietrzewieniem. Bóg pragnie zjednoczyć wszystko w Chrystusie, podczas gdy ludzkie ambicje i konflikty mogą prowadzić do podziałów, które stają się zgorszeniem dla tych, którzy dopiero poszukują wiary.
To ostrzeżenie szczególnie mocno dotyczy wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób reprezentują Kościół wobec innych ludzi, ponieważ nasze słowa i postępowanie mogą stać się zarówno pomocą, jak i przeszkodą na drodze do Boga. Jeżeli głosimy Ewangelię miłości, a jednocześnie odnosimy się do innych z pogardą, trudno oczekiwać, że nasze świadectwo będzie przekonujące. Jeżeli mówimy o przebaczeniu, ale nie potrafimy przyznać się do własnych błędów, albo zachęcamy do jedności, a sami nieustannie podsycamy konflikty, możemy sprawić, że ludzie zaczną utożsamiać chrześcijaństwo nie z dobrą nowiną o zbawieniu, lecz z religijną walką o wpływy i rację.
Nie chodzi przy tym o to, że chrześcijanin powinien unikać trudnych tematów, przemilczać prawdę albo rezygnować z wymagań Ewangelii, ponieważ autentyczna miłość nie polega na potwierdzaniu wszystkich ludzkich wyborów. Jezus sam wypowiada przecież niezwykle wymagające słowa, a Jego nauczanie niejednokrotnie prowadzi do konfrontacji z grzechem i religijną obłudą. Różnica polega jednak na tym, czy stawiając człowieka wobec prawdy, rzeczywiście pragniemy jego nawrócenia i zbawienia, czy raczej wykorzystujemy prawdę jako narzędzie osądzania, poniżania albo udowadniania własnej wyższości.
Warto również zauważyć, że Jezus nie ukrywa przed swoimi rozmówcami ich rzeczywistych postaw, ponieważ zna ludzkie serce i potrafi dostrzec to, czego nie widać pod zewnętrzną warstwą religijnej poprawności. W dzisiejszym fragmencie nie pojawia się wprawdzie obraz pobielanych grobów, znany z innej wypowiedzi Jezusa, ale jego sens dobrze oddaje niebezpieczeństwo, przed którym Chrystus przestrzega: człowiek może z wielką starannością troszczyć się o swój religijny wizerunek, a jednocześnie ukrywać wewnętrzne postawy sprzeczne z Ewangelią. Możemy więc zapytać, czy nasze życie przypomina pięknie utrzymany grobowiec, w którym brakuje prawdziwego życia, czy raczej ogród, w którym dzięki działaniu Ducha Świętego dojrzewają owoce miłości, pokoju, cierpliwości i dobroci.
Ten obraz ogrodu pozwala nam powrócić do słów Pawła o bogactwie łaski, którą Bóg szczodrze na nas wylał, ponieważ chrześcijańska świętość nie polega na samodzielnym wytwarzaniu pozorów doskonałości, lecz na przyjmowaniu Bożego życia i pozwalaniu, aby stopniowo przemieniało ono nasze serce. Ogród nie staje się żyzny dlatego, że jego właściciel starannie pomalował ogrodzenie i uporządkował alejki, ale dlatego, że ziemia otrzymuje wodę, światło i właściwą pielęgnację, dzięki którym może wydawać owoce. Podobnie człowiek może bardzo dbać o zewnętrzną stronę swojej religijności, a mimo to pozostawać duchowo jałowy, jeżeli nie pozwala Duchowi Świętemu dotykać swoich rzeczywistych motywacji, pragnień i relacji.
Dlatego dzisiejsze czytania zapraszają nas do rachunku sumienia, który powinien obejmować nie tylko osobistą pobożność, ale również sposób, w jaki wpływamy na wiarę innych ludzi. Czy nasze zachowanie pomaga bliskim odkrywać Boga jako kochającego Ojca, czy może przedstawiamy Go przede wszystkim jako surowego sędziego, przed którym należy nieustannie udowadniać własną wartość? Czy potrafimy cierpliwie towarzyszyć ludziom, którzy zadają trudne pytania, przeżywają kryzysy albo nie mieszczą się w naszych wyobrażeniach o właściwej religijności? Czy nasza wiedza o Bogu staje się narzędziem służby, czy raczej sposobem podkreślania dystansu między nami a tymi, którzy dopiero rozpoczynają swoją drogę wiary?
Szczególnie ważne wydaje się pytanie o ludzi, którzy zniechęcili się do Kościoła nie dlatego, że odrzucili Ewangelię, ale dlatego, że spotkali chrześcijan, których postępowanie pozostawało w rażącej sprzeczności z głoszonym przesłaniem. Nie możemy oczywiście przypisywać sobie odpowiedzialności za wszystkie decyzje innych ludzi, ponieważ każdy człowiek pozostaje wolny i sam odpowiada na Boże wezwanie, ale nie zwalnia nas to z uczciwego spojrzenia na zgorszenie, które może rodzić się z naszej obłudy, pychy albo braku miłości. Jeżeli rzeczywiście zależy nam na ewangelizacji, powinniśmy troszczyć się nie tylko o jakość głoszonego nauczania, ale również o wiarygodność naszego życia.
Być może warto dzisiaj szczególnie mocno usłyszeć, że Bóg nie powierzył nam kluczy poznania po to, abyśmy mogli decydować, kto zasługuje na dostęp do Niego, lecz abyśmy pomagali ludziom odkrywać drogę, którą sam Chrystus otworzył przez swoją śmierć i zmartwychwstanie. Naszym zadaniem nie jest zastępowanie Boga ani budowanie własnego religijnego królestwa, ale wskazywanie na Jezusa, który pozostaje jedyną drogą do Ojca. Im głębiej poznajemy Chrystusa, tym bardziej powinniśmy stawać się ludźmi pokornymi, cierpliwymi i gotowymi do służby, ponieważ prawdziwa mądrość Boża nie prowadzi do poczucia wyższości, ale do coraz większej miłości.
Bóg wybrał nas w Chrystusie, obdarzył łaską i zaprosił do świętości, abyśmy stawali się świadkami Jego zbawienia, a nie strażnikami zamkniętych drzwi. Jeżeli naprawdę przyjmujemy bogactwo Jego miłości, nasze życie powinno stopniowo stawać się miejscem, w którym inni mogą łatwiej rozpoznać dobroć Ojca, doświadczyć miłosierdzia i odkryć nadzieję, której sami nie potrafili już odnaleźć.
Może więc najważniejszym pytaniem dzisiejszego dnia nie jest to, jak dobrze znamy Boga ani jak wiele potrafimy o Nim powiedzieć, lecz to, czy ludzie, którzy nas spotykają, dzięki naszemu świadectwu zbliżają się do Niego, czy może coraz bardziej się od Niego oddalają. Chrystus zna nasze serca i nie zatrzymuje się na zewnętrznych pozorach, dlatego warto pozwolić Mu odsłonić to, co naprawdę w nas żyje, abyśmy zamiast pięknie utrzymanych grobowców stawali się ogrodami pełnymi Bożego życia, których owoce będą prowadzić innych ku spotkaniu z Ojcem.




