BOŻY MĘŻCZYZNA W XXI WIEKU

utworzone przez | lip 11, 2026 | Artykuły, Trzeźwym okiem | 0 komentarzy

Niedoceniony pontyfikat

Dlaczego historia może spojrzeć na papieża Franciszka inaczej niż jego współcześni

Czy papież Franciszek był jednym z najbardziej niezrozumianych papieży naszych czasów?

To pytanie jeszcze kilka lat temu mogłoby wydawać się przedwczesne. Dziś jednak, gdy jego pontyfikat przeszedł już do historii, warto spróbować spojrzeć na niego z większego dystansu. Nie po to, by tworzyć hagiografię ani odpowiadać na wszystkie kontrowersje. Raczej po to, by zadać pytanie, które historia Kościoła stawia wielokrotnie: czy potrafimy właściwie ocenić papieża, gdy żyjemy w samym środku jego pontyfikatu?

Historia uczy pokory.

Historia lubi zaskakiwać

Jan XXIII był dla wielu „papieżem przejściowym”. Wybrano go jako starszego człowieka, który miał spokojnie doprowadzić Kościół do kolejnego konklawe. Tymczasem zwołał Sobór Watykański II i zapoczątkował proces, który zmienił oblicze współczesnego katolicyzmu.

Paweł VI był krytykowany niemal przez wszystkich. Jedni zarzucali mu zbyt dalekie reformy, inni – ich zatrzymanie. Dziś coraz częściej dostrzega się, że to właśnie on przeprowadził Kościół przez najtrudniejszy okres posoborowych napięć.

Święty Jan Paweł II przez miliony wiernych był kochany, ale równocześnie przez część środowisk kościelnych uważany za zbyt konserwatywnego. Benedykt XVI przez media został przedstawiony jako „papież doktryny”, choć z biegiem lat coraz wyraźniej odkrywamy głębię jego teologii oraz proroczą diagnozę kryzysu Zachodu.

Historia potrzebuje czasu.

Być może podobnie będzie z Franciszkiem.

Nie papież reform, lecz papież rozeznania

Największym błędem w interpretacji pontyfikatu Franciszka było często przekonanie, że przyszedł z gotowym programem zmian.

Austen Ivereigh – jego biograf – pokazuje coś zupełnie odwrotnego. Franciszek nie próbował narzucić Kościołowi własnej wizji. Stawiał raczej jedno fundamentalne pytanie:

„Czego Duch Święty oczekuje dziś od Kościoła?”

To pytanie dojrzewało w nim od konferencji biskupów Ameryki Łacińskiej w Aparecidzie w 2007 roku. Tam Bergoglio doszedł do przekonania, że największym zagrożeniem dla Kościoła nie jest świat zewnętrzny, lecz pokusa zamknięcia się we własnych lękach, strukturach i przyzwyczajeniach.

Franciszek nie zaczynał od odpowiedzi.

Zaczynał od słuchania.

To zasadnicza różnica.

Pilot czasu burz

W Argentynie nazywano go „pilotem czasu burz”.

To niezwykle trafny obraz. Pilot nie zatrzymuje sztormu. Nie sprawia, że morze staje się spokojne. Pomaga natomiast przeprowadzić statek przez burzę. Franciszek uważał, że Kościół od wielu dziesięcioleci przeżywa właśnie taki czas.

Sekularyzacja. Skandale. Utrata autorytetu. Spadek praktyk religijnych. Podziały wewnętrzne.

Jego odpowiedzią nie było szukanie winnych. Nie proponował także prostego powrotu do przeszłości. Twierdził natomiast, że każdy kryzys jest momentem łaski.

W książce Powróćmy do marzeń opisuje trzy dary każdego kryzysu: zatrzymanie, pokorę i nawrócenie. Kryzys zmusza nas do zobaczenia rzeczy, które wcześniej ignorowaliśmy, uczy, że nie wszystko zależy od nas, i otwiera drogę do nowego sposobu życia.

Nie wszyscy chcieli tego słuchać. Bo łatwiej walczyć z burzą niż pozwolić, by ona zmieniła także nas.

Synodalność – najbardziej niezrozumiane słowo pontyfikatu

Niewiele pojęć wywołało tyle emocji co synodalność. Dla jednych stała się symbolem nadziei. Dla innych – źródłem obaw.

Problem polega na tym, że często dyskutowano o słowie, nie rozumiejąc jego znaczenia. Franciszek nie proponował parlamentu ani demokracji w Kościele. Nie chciał zastąpić Objawienia głosowaniem. Synodalność oznaczała dla niego coś znacznie prostszego i jednocześnie znacznie trudniejszego. Kościół, który naprawdę wierzy, że Duch Święty działa we wszystkich ochrzczonych. Kościół, który potrafi słuchać. Kościół, który nie boi się rozeznawać. Kościół, który nie utożsamia jedności z jednolitością.

Jak przypominał Franciszek, papież, biskupi i cały Lud Boży mają razem wsłuchiwać się w Ducha Świętego. To nie znosi odpowiedzialności pasterzy, ale zmienia sposób jej przeżywania – od decyzji podejmowanych ponad wspólnotą do decyzji dojrzewających w słuchaniu Kościoła.

Od władzy do służby

Jednym z najgłębszych procesów tego pontyfikatu była zmiana rozumienia władzy. Franciszek wielokrotnie powtarzał, że autorytet w Kościele nie istnieje dla samego siebie. Istnieje dla misji. Nie chodzi o osłabienie hierarchii.

Chodzi o jej ewangeliczne oczyszczenie. To dlatego tak często mówił o klerykalizmie. Nie krytykował kapłaństwa. Krytykował pokusę utożsamiania Kościoła wyłącznie z duchownymi.

Sobór Watykański II przypomniał, że cały Lud Boży uczestniczy w misji Chrystusa. Franciszek próbował tę intuicję przełożyć na praktykę. Czy zawsze skutecznie? Zapewne nie. Czy bez napięć? Oczywiście, że nie.

Ale historia rzadko pamięta tych, którzy unikali napięć. Pamięta tych, którzy odważyli się rozpocząć proces.

Braterstwo – zapomniane słowo

Może najbardziej proroczym elementem jego nauczania jest jednak coś zupełnie innego.

Braterstwo.

Franciszek zauważył, że nowoczesny świat zbudował swoją kulturę wokół dwóch ideałów: wolności i równości.  Zapomniał natomiast o trzecim. Bez braterstwa wolność zamienia się w egoizm.

Równość staje się walką interesów. Społeczeństwo rozpada się na grupy walczące ze sobą. Dlatego papież wracał nieustannie do przypowieści o dobrym Samarytaninie. Nie pytał przede wszystkim, komu pomagamy. Pytał, czy potrafimy uznać drugiego człowieka za brata. To pytanie pozostaje aktualne nie tylko dla świata. Również dla Kościoła.

Dlaczego tak trudno było go zrozumieć?

Każdy pontyfikat ma swój klucz.

U Jana Pawła II było nim wołanie: „Nie lękajcie się”.

U Benedykta XVI – odkrycie piękna prawdy.

U Franciszka kluczem wydaje się jedno zdanie: „Pozwólmy prowadzić się Duchowi Świętemu.”

To brzmi prosto. Ale w praktyce oznacza zgodę na to, że nie wszystko da się zaplanować. Nie wszystko można kontrolować. Nie każde napięcie trzeba natychmiast rozstrzygnąć. Czasem trzeba najpierw słuchać. A dopiero potem decydować.

To bardzo ignacjański sposób myślenia. I być może dlatego bywał niezrozumiały.

Historia dopiero zaczyna oceniać

Pontyfikaty ocenia się zwykle przez pryzmat dokumentów, decyzji i wydarzeń. Być może jednak największym dziełem Franciszka okażą się nie dokumenty. Nie reformy Kurii. Nie synody. Lecz zasiane pytanie: Czy naprawdę wierzymy, że Duch Święty prowadzi Kościół?

Jeżeli kolejne pokolenia odkryją na nowo kulturę rozeznawania, współodpowiedzialności, słuchania i misyjnego wychodzenia ku światu, być może okaże się, że Franciszek nie tyle zmienił struktury Kościoła, ile pomógł mu przypomnieć sobie, kim naprawdę jest. A wtedy historia może powiedzieć o nim to samo, co dziś mówi o wielu jego poprzednikach: był papieżem, którego współcześni oceniali zbyt szybko.

Polecam książkę: Powróćmy do marzeń.

/Andrzej Lewek/

Kategorie