31 lipca 2026. Piątek XVII tygodnia zwykłego. Czytania: (Jr 26, 1-9); (Ps 69 (68), 5. 8-10. 14); Aklamacja (1 P 1, 25); (Mt 13, 54-58);
Dzisiejsze czytania stawiają bardzo niewygodne pytanie: Czy chcę głosić Boga takim, jaki jest, czy takim, jakiego łatwiej będzie zaakceptować? Prorok Jeremiasz otrzymuje jedno z najbardziej wymagających poleceń w całym swoim życiu:
„Mów wszystkie słowa, jakie poleciłem ci im oznajmić; nie ujmuj ani słowa!”
To zdanie jest niezwykle aktualne. Największym zagrożeniem dla głoszenia Ewangelii nie zawsze jest otwarte odrzucenie. Czasami jest nim… selekcja.
Nie dodajemy własnych herezji. Po prostu pomijamy to, co trudne. Mówimy o Bożej miłości, ale milczymy o nawróceniu. Mówimy o miłosierdziu, ale unikamy tematu grzechu. Mówimy o przebaczeniu, ale nie wspominamy o konieczności przemiany życia. Mówimy o niebie, ale przemilczamy sąd. To właśnie dlatego Bóg mówi Jeremiaszowi:
„Nie ujmuj ani słowa.”
Bo każde pominięte słowo zmienia sens całego orędzia. Nie jesteśmy właścicielami Objawienia. Jesteśmy jego sługami. Jeremiasz dobrze wie, jaka będzie cena tej wierności. Nie kończy kazania owacją. Słyszy:
„Musisz umrzeć!”
To dramat wszystkich proroków. Prawda, która wzywa do nawrócenia, bardzo często spotyka się z oporem. Psalm pokazuje, że doświadczenie Jeremiasza nie jest wyjątkiem.
„Liczniejsi od włosów na mej głowie są ci, którzy mnie nienawidzą bez powodu.”
To słowa, które Kościół od początku odnosił także do Chrystusa. Jeszcze mocniej brzmi kolejne zdanie:
„Bo gorliwość o dom Twój mnie pożera.”
To właśnie ten fragment przypomną sobie uczniowie, gdy Jezus oczyści świątynię. Gorliwość o Boga ma swoją cenę. Czasem jest nią niezrozumienie. Czasem samotność. Czasem odrzucenie przez najbliższych.
„Dla braci moich stałem się obcym.”
To zdanie prowadzi nas wprost do Ewangelii. Jezus wraca do Nazaretu. Ludzie nie kwestionują Jego mądrości. Nie zaprzeczają cudom. Pytają raczej:
„Skąd On to ma?”
Ich problemem nie jest brak dowodów. Ich problemem jest… bliskość. Znają Jego rodzinę. Pamiętają Go jako chłopca. Wiedzą, gdzie pracował. I właśnie dlatego nie potrafią przyjąć, że Bóg może przemawiać przez kogoś tak zwyczajnego.
To zjawisko pozostaje niezwykle aktualne. Bardzo łatwo zachwycić się kaznodzieją z drugiego końca świata. Znacznie trudniej usłyszeć Boga przez współmałżonka. Przez własnego proboszcza. Przez przyjaciela ze wspólnoty. Przez człowieka, którego znamy od lat. Bo wydaje nam się, że wiemy o nim już wszystko.
A Bóg bardzo często wybiera właśnie zwyczajnych ludzi. Nie dlatego, że są niezwykli. Ale dlatego, że to Jego słowo ma moc. Nie ich charyzma. Nie ich popularność. Nie ich pozycja. Dlatego Jezus wypowiada bolesne zdanie:
„Tylko w swojej ojczyźnie i w swoim domu może być prorok lekceważony.”
A Ewangelista dodaje jeszcze bardziej poruszające słowa:
„I niewiele zdziałał tam cudów z powodu ich niedowiarstwa.”
Nie dlatego, że zabrakło Jezusowi mocy. Ale dlatego, że wiara otwiera człowieka na działanie Boga, a zamknięte serce odrzuca nawet największy dar. Dzisiejsze czytania stawiają więc dwa pytania.
Pierwsze skierowane jest do tych, którzy głoszą: Czy mam odwagę przekazywać całe Słowo Boże, nawet wtedy, gdy jest niewygodne?
Drugie skierowane jest do tych, którzy słuchają: Czy potrafię przyjąć Boże słowo, nawet jeśli przychodzi przez zwyczajnego człowieka, którego dobrze znam?
Bo ostatecznie nie liczy się niezwykłość posłańca. Liczy się wierność Posyłającemu. A Słowo, którego nie wolno „przypudrować”, jest zawsze jednocześnie wymagające i pełne nadziei. Bóg nie wzywa do nawrócenia po to, by potępić człowieka, ale – jak mówił Jeremiasz – „może posłuchają i zawróci każdy ze swej złej drogi”. Nawet najtrudniejsze słowo Boga ma więc u swoich korzeni miłość, która pragnie ocalić.




