Na tydzień przed swoją śmiercią Jezus staje przy grobie przyjaciela. Łazarz nie żyje. Wszystko się już zakończyło. Kamień zamyka wejście. Nadzieja – jak się wydaje – też została zamknięta.
A jednak Jezus nie przychodzi, by się pożegnać. Przychodzi, by wyprowadzić z grobu.
To wydarzenie nie jest tylko cudem. To zapowiedź. Zapowiedź tego, co za chwilę stanie się na krzyżu i w poranek Zmartwychwstania.
Jezus wyprowadza Łazarza z grobu… a chwilę później sam oddaje życie.
Za niego.
Za każdego z nas.
To niezwykła wymiana: On wchodzi w śmierć, aby człowiek mógł wyjść do życia.
Dlatego ta Ewangelia nie mówi tylko o Łazarzu. Mówi o każdym z nas.
Bo każdy człowiek ma swoje groby:
- miejsca zamknięcia
- grzech
- zranienia
- przyzwyczajenia, które odbierają życie
- sytuacje, w których „już nic się nie da zrobić”
I właśnie tam przychodzi Jezus.
Nie stoi z daleka. Nie mówi: „radź sobie sam”.
Mówi: „Wyjdź na zewnątrz”.
Ale jest w tym jeszcze jeden ważny moment. Jezus każe odsunąć kamień. Prosi ludzi, by rozwiązali Łazarza z opasek.
Czyli cud Boga spotyka się z działaniem człowieka.
Bóg daje życie.
Człowiek ma zrobić krok.
Nowe życie, które przynosi Jezus, nie jest tylko „lepszą wersją starego”. To życie obfite – takie, o którym mówi: „Ja przyszedłem, aby mieli życie i mieli je w obfitości”.
To życie:
- wolne
- pełne sensu
- zakorzenione w relacji z Bogiem
Ale dar, nawet największy, można odrzucić.
Dlatego najważniejsze pytanie tej Ewangelii nie brzmi: czy Jezus ma moc?
To już wiemy.
Pytanie brzmi:
czy ja chcę wyjść z mojego grobu?
czy chcę przyjąć życie, które On mi daje?
Bo On już zrobił wszystko.
Teraz ruch należy do nas.




