Modlitwa rodzi nadzieję – Franciszek Kucharczak
Modlitwa, która rodzi nadzieję – podsumowanie spotkania
No teraz modliliśmy się jakieś dwadzieścia minut, może troszkę więcej. Czyli – można powiedzieć – straciliśmy czas. Straciliśmy oczywiście z punktu widzenia tak zwanego świata. A kiedy w Biblii pojawia się słowo „świat”, to bardzo często oznacza ono przestrzeń pozbawioną Boga albo taką, która Go jeszcze szuka, ale pozostaje poza Jego realnym oddziaływaniem. Świat w tym sensie nie rozumie modlitwy. Z jego perspektywy to, co robiliśmy przed chwilą, jest nieproduktywne. Siedzisz i nic nie robisz. Stoisz i nic nie robisz. Może śpiewasz, ale zasadniczo nic z tego nie ma.
I ja myślę, że dobrze jest powiedzieć wprost: tak, straciliśmy czas. Bo Jezus mówi: kto straci swoje życie z mojego powodu, ten je znajdzie. Kiedyś myślałem, że chodzi tu wyłącznie o męczeństwo – o oddanie życia w sensie fizycznym. Ale przecież męczenników jest niewielu, a Jezus mówi to do wszystkich. Więc o co chodzi? Jestem przekonany, że chodzi o tracenie czasu dla Boga. O oddawanie życia w czasie. Modlitwa jest klasycznym traceniem życia dla Jezusa.
Z punktu widzenia świata można by w tym czasie zrobić mnóstwo rzeczy: zarobić pieniądze, coś zbudować, coś wyprodukować. Modlitwa jest „niekonkretna”. Ale z punktu widzenia Boga przynosi owoce, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Paradoks polega na tym, że człowiek modlący się często zrobi więcej – nawet bardzo konkretnie – niż ten, który haruje od rana do nocy, bo myśli, że sam musi wszystko udźwignąć.
Pamiętam taką scenę z pielgrzymki Jana Pawła II do Krakowa. Była zaplanowana modlitwa papieża w katedrze wawelskiej. Kamery, transmisja na żywo. Papież przyszedł, ukląkł, otworzył brewiarz i… cisza. Nic się nie działo. Z punktu widzenia telewizji – katastrofa. Czas antenowy zmarnowany. A przecież właśnie to pokazało sens modlitwy: ona nie ma przynosić zysku według naszych kalkulacji.
Kiedyś pisałem tekst o modlitwie codziennej i rozmawiałem z Ryśkiem Sikorą z Cieszyna, informatykiem. Opowiadał mi, że pewnej nocy, zmęczony pracą, otworzył Pismo Święte i trafił na Psalm 127: Daremnym jest dla was wstawać przed świtem i wysiadywać do późna… Tyle daje On i we śnie tym, których miłuje. Zamknął Biblię, poszedł spać. Rano – pół godziny pracy i wszystko gotowe. To jest chrześcijański paradoks: Bóg działa, kiedy Mu ufamy.
I pomyślałem wtedy o świętym Józefie – ile razy Bóg przemawiał do niego we śnie. To też jest modlitwa. Nie zachęcam oczywiście, żeby zamiast modlitwy iść spać, ale czasem walka ze snem jest modlitwą, a czasem właśnie sen.
Chcę opowiedzieć o moim osobistym doświadczeniu. Przeżywałem trudny okres, taki depresyjny. Dostałem do recenzji książkę ks. Wojciecha Węgrzyniaka, w której opisywał swój kryzys. Pisał, że poszedł do kościoła i powiedział: „Panie Boże, stąd się nie ruszę, dopóki czegoś ze mną nie zrobisz”. Po sześciu godzinach modlitwy wszystko się zmieniło. Sześć godzin – a ludzie latami szukają rozwiązań.
To mnie poruszyło. Zrozumiałem, że w kryzysie mam tendencję, żeby szukać Boga okrężną drogą – prosić innych o modlitwę, zamiast iść do Niego wprost. A przecież trzeba powiedzieć Mu to samemu.
Pewnego dnia zawiozłem żonę do fryzjerki przy parafii, gdzie jest całodzienna adoracja. Wziąłem laptop, ale wszedłem do kościoła. Pusty, półmrok, Pan Jezus wystawiony. Modliłem się z ogromną determinacją. Klęczałem na posadzce, straciłem poczucie czasu. I wtedy wszedł mężczyzna, usiadł z tyłu. Pojawiła się myśl, że mam mu powiedzieć, że Jezus o wszystkim wie i się zatroszczy. Poprosiłem Boga o znak – żeby ten człowiek przysiadł się bliżej. I on dokładnie wtedy wstał i usiadł za mną.
Podszedłem, powiedziałem – a on odpowiedział: „Proszę pana, ja nie słyszę”. Już wychodziłem, ale przyszła kolejna myśl: „Masz laptop. Napisz mu to”. Napisałem. Pokazałem. Uśmiechnął się. I to było wszystko. Zrozumiałem wtedy, że modlitwa buduje relację – między Bogiem a nami i między ludźmi.
Modlitwa odnawia myślenie. Święty Paweł mówi: odnawiajcie się duchem w waszym myśleniu. Jak inaczej to zrobić, jeśli nie przez modlitwę? Kiedy się nie pomodlę, mam stare myślenie. I nawet tego nie zauważam – zauważa to otoczenie.
Modlitwa zawsze jest wysłuchana. Ale odpowiedź Boga brzmi: „tak”, „nie” albo „poczekaj”. Największym owocem każdej modlitwy jest Duch Święty. Nie rower, nie zdrowie, nie rozwiązanie według naszego scenariusza, ale Duch Święty, który daje poznanie Boga i zrozumienie Jego działania.
Pamiętam sytuację, kiedy z żoną podwieźliśmy mężczyznę z kulą – wyglądał jak menel. W samochodzie zaproponowaliśmy modlitwę. Żona modliła się o uzdrowienie jego zranień. On się rozpłakał. Po dziesięciu minutach to już nie był „menel”. To był brat. Na koniec powiedział: „Pan Jezus jeszcze nikogo nie opuścił”.
Innym razem przyszedł do nas żebrak. Rozmawialiśmy. Opowiadał o nieszczęściach. Zaproponowałem modlitwę. Przeraził się i uciekł. Ale uznałem to za sukces ewangelizacyjny – bo został skonfrontowany z żywą modlitwą, a nie z „klepaniem”.
W Rybniku mieliśmy ewangelizację w szpitalu. Modliliśmy się przy łóżku nieprzytomnego mężczyzny. Rodzina z drugiego łóżka początkowo odmówiła. Po chwili poprosili, żebyśmy modlili się także za ich bliskiego. Podczas modlitwy ten człowiek otworzył oczy i powiedział: „Mówcie zawsze prawdę. Prawda jest najważniejsza”. Rodzina była wstrząśnięta. Modlitwa zmieniła rzeczywistość.
Jezus mówi: Mój dom ma być domem modlitwy. Nowe Przymierze oznacza, że to my jesteśmy świątynią Ducha Świętego. Ja chcę być domem modlitwy. Chcę modlitwy nieustannej – nie tylko na klęczkach, ale w całym życiu.
Maryja modli się przez fiat, przez Magnificat, przez rozważanie w sercu. Jej rozmowa z Jezusem była modlitwą. Józef modlił się milczeniem, pracą, posłuszeństwem, adoracją. Bez modlitwy nie mógłby przyjąć swojej misji.
Na koniec: wytrwałość w modlitwie nie wyklucza zgody na wolę Boga. Mogę być natrętny i jednocześnie ufać, że Jego plan jest lepszy. Rozmowa z Jezusem jest modlitwą wtedy, gdy jest szczera. Faryzeusze nie modlili się – wystawiali Go na próbę. Nikodem – tak. Herod chciał się zabawić – dlatego Jezus milczał.
Słuchanie ludzi jest aktem miłości i przygotowaniem gruntu pod modlitwę. Modlitwą staje się wtedy, gdy świadomie zwracamy się do Boga.
Dziękuję bardzo.
Pytanie 1
Był wymieniony ksiądz Wojciech Węgrzyniak. Czy ta książka obejmuje okres, gdy on już był kapłanem?
Odpowiedź – Franciszek Kucharczak:
Tak, tak. On zresztą o tym mówi też czasami, bo ja już troszkę słyszałem – kiedyś prowadził rekolekcje dla pracowników „Gościa Niedzielnego” i wtedy też o tym napomknął, ale dość zdawkowo. Natomiast w tej książce było tego więcej.
I wtedy sobie uświadomiłem, czytając to, jak potężny był to kryzys. To było coś naprawdę bardzo ciężkiego. Ale znaczące jest to, że to wydarzyło się dość dawno temu i on do dzisiaj „odcina kupony” od tamtej chwili. Jest beneficjentem tego doświadczenia. Bóg zabrał mu jakiś bardzo ciężki wewnętrzny trud, takie hamletowskie wątpliwości, które go paraliżowały. I to trwa do dziś.
Każdy ma inaczej, ale my się wzajemnie inspirujemy. Ja się zainspirowałem jego świadectwem i moja modlitwa, o której wspomniałem, bardzo mi wtedy pomogła. To znaczy: pomogła modlitwa. Bóg obudził we mnie pragnienie adoracji – dużo większe niż wcześniej. Czasem wcześniej było mi ciężko wysiedzieć. Później przyszła wierność. Bóg daje czasem takie doświadczenia, bo wie, że ich potrzebujemy.
Pytanie 2
Mówiłeś, że Bóg odpowiada: „tak”, „nie” albo „poczekaj”. A jednocześnie w Piśmie Świętym jest bardzo wyraźna zachęta do wytrwałej, wręcz natrętnej modlitwy. Gdzie jest granica między natręctwem a pogodzeniem się z wolą Boga?
Odpowiedź – Franciszek Kucharczak:
Ja myślę, że jedno drugiego nie wyklucza. Dobrze jest, jeśli się pogodzę i jednocześnie pozostaję natrętny. To znaczy: pogodzę się w tym sensie, że z góry zakładam, że cokolwiek zrobisz, będzie dobre, bo Ci ufam. Ty wiesz lepiej ode mnie.
Ale ja się dalej będę o to modlił. Bo wiem, że nawet jeśli to się nie stanie według mojego scenariusza, to stanie się według Twojego – a to będzie jeszcze lepsze. Tak to działa.
Pytanie 3
Jeśli rozmowa Maryi z Jezusem była modlitwą, to jak nazwać rozmowy faryzeuszy z Jezusem, gdy wystawiali Go na próbę? Czy to była modlitwa? Dobra czy zła?
Odpowiedź – Franciszek Kucharczak:
Myślę, że rozmowy faryzeuszy z Jezusem nie można nazwać modlitwą, bo nie była szczera. A szczerość jest istotnym elementem modlitwy. W modlitwie mówię prawdę o sobie, zwracam się do Boga jako do Boga, uznaję Jego wyższość i Jego wolę.
Faryzeusze z góry zakładali, że Jezus nie jest od Boga. Przekręcali Jego intencje, mówili, że przez Belzebuba wyrzuca złe duchy. To jest zła wola – zaprzeczenie modlitwy.
Natomiast rozmowy Nikodema z Jezusem były modlitwą. Tak samo rozmowy ludzi, którzy przychodzili do Niego z chorobą, z problemem, z wołaniem jak Bartymeusz: „Jezusie, ulituj się nade mną”. To była modlitwa.
Herod Antypas chciał się Jezusem zabawić, chciał sztuczki. Jezus milczał – i to milczenie było bardzo znaczące. To też pokazuje, że nie każda rozmowa z Jezusem jest modlitwą.
Pytanie 4
Czy umiejętność wysłuchiwania ludzi – ich problemów, w pracy albo w czasie wolnym – może być formą modlitwy?
Odpowiedź – Franciszek Kucharczak:
Ja bym tego jeszcze nie nazwał modlitwą. Jest to na pewno akt miłości i tworzenie gruntu pod modlitwę. Jeśli robię to ze względu na dobro drugiego człowieka, to jest to coś bardzo ważnego.
Modlitwą staje się to w momencie, kiedy świadomie zwracam się do Boga. W takich rozmowach często dochodzę do ściany – nie wiem, co dalej. I wtedy się modlę. Wtedy okazuje się, że w tej ścianie jest furtka, która nazywa się modlitwa.






