BOŻY MĘŻCZYZNA W XXI WIEKU

utworzone przez | sie 10, 2026 | Artykuły, KOMENTARZE | 0 komentarzy

Żeby przynieść owoc, trzeba najpierw obumrzeć

10 sierpnia 2026. Poniedziałek. Święto św. Wawrzyńca, diakona i męczennika. Czytania: (2 Kor 9, 6-10); (Ps 112, 1-2. 5-6. 7-8. 9); Aklamacja (J 12, 26); (J 12, 24-26);

Nie lubimy obumierania. Lubimy wzrost, rozwój, sukces, pomnażanie, owoce. Chętnie słuchamy o tym, że Bóg chce, aby nasze życie przynosiło plon. Znacznie trudniej przyjąć drogę, którą Jezus wskazuje do tego plonu:

„Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo.”

To jeden z paradoksów Ewangelii.

Chcesz zachować – stracisz.
Zgodzisz się stracić – zyskasz.
Chcesz zatrzymać ziarno – zostanie samo.
Pozwolisz mu obumrzeć – pojawi się życie.

Ziarno nie znika

Obraz użyty przez Jezusa jest niezwykle mocny. Ziarno wrzucone w ziemię z zewnątrz wygląda jak coś straconego. Znika. Zostaje przykryte ziemią. Pęka. Przestaje istnieć w swojej dotychczasowej postaci. Ale właśnie wtedy zaczyna się dziać coś najważniejszego. To, co wygląda jak śmierć, staje się początkiem życia. Jezus mówi te słowa w J 12 już w perspektywie własnej Paschy. Wie, dokąd zmierza. Krzyż nie będzie wypadkiem przy pracy ani klęską Jego misji. Krzyż stanie się zasiewem. Chrystus jest ziarnem, które zostanie wrzucone w ziemię. Umrze i zostanie złożony w grobie. A z Jego śmierci wyrośnie życie dla wielu.

Dlatego chrześcijaństwo nie głosi po prostu, że po śmierci „jakoś będzie”. Głosi coś znacznie mocniejszego: Bóg potrafi uczynić śmierć miejscem narodzin życia.

Ale Jezus mówi także o mnie

I tutaj robi się trudniej. Bo zaraz po obrazie ziarna Jezus mówi:

„Ten, kto miłuje swoje życie, traci je.”

Nie chodzi przecież o pogardę dla życia. Życie jest darem Boga. Chodzi raczej o kurczowe trzymanie go dla siebie. Mojego czasu. Moich pieniędzy. Moich możliwości. Moich planów. Mojej pozycji. Mojej wygody. Mojej racji. Mojego wyobrażenia o sobie. Można tak bardzo chronić swoje życie, że ostatecznie pozostanie ono jak ziarno przechowywane latami w zamkniętym pudełku. Bezpieczne. Nienaruszone. I bezowocne.

Hojność jest formą obumierania

Dlatego tak dobrze współbrzmi z Ewangelią dzisiejsze słowo Pawła:

„Kto skąpo sieje, ten skąpo i zbiera, kto zaś hojnie sieje, ten hojnie też zbierać będzie.”

Żeby zasiać, trzeba coś stracić. Rolnik bierze ziarno, które mógłby zachować, zmielić, sprzedać albo zjeść, i… wrzuca je w ziemię. Oddaje je. Nie ma już nad nim pełnej kontroli. To jest logika Królestwa Bożego.

Dajesz – aby mogło zostać pomnożone.

Paweł mówi tutaj konkretnie o hojności materialnej, ale odsłania przy okazji znacznie szerszą zasadę życia. Miłość kosztuje. Ojcostwo kosztuje. Małżeństwo kosztuje. Przyjaźń kosztuje. Służba kosztuje. Uczniostwo kosztuje.

Nie da się naprawdę kochać, nie tracąc czegoś z siebie.

Mężczyzna, który daje

Psalm pokazuje bardzo konkretny obraz dojrzałego człowieka:

„Nie przelęknie się złej nowiny, jego mocne serce zaufało Panu.”

To piękny obraz męskiej siły. Nie człowiek, który wszystko kontroluje. Nie ten, którego nic nigdy nie boli. Nie ten, który nikogo nie potrzebuje. Ale człowiek, którego „mocne serce zaufało Panu”. Dlatego może być hojny.

„Rozdaje i obdarza ubogich.”

Może otworzyć rękę, ponieważ jego bezpieczeństwo nie znajduje się wyłącznie w tym, co trzyma w dłoni. To chyba jedna z ważniejszych lekcji męskiej dojrzałości.

Niedojrzałość pyta: Ile mogę zachować dla siebie? Miłość pyta: Co mogę dać, żeby ktoś dzięki temu żył?

Ojciec przecież nie staje się ojcem przez to, co zgromadził dla siebie. Staje się nim przez życie, które dzień po dniu oddaje. Czasami w bardzo zwyczajnych rzeczach.

Nie każde umieranie jest stratą

Może właśnie tutaj trzeba postawić sobie trudne pytanie: Co we mnie powinno obumrzeć, żeby mogło narodzić się coś większego?

Może moja potrzeba kontroli. Może ambicja. Może wygoda. Może przekonanie, że wszystko musi odbywać się według mojego planu. Może potrzeba uznania. Może jakaś wizja życia, której kurczowo się trzymam, chociaż Bóg od dawna zaprasza mnie gdzie indziej. Obumieranie boli, ponieważ coś rzeczywiście tracimy. Chrześcijaństwo nie udaje, że krzyż jest przyjemny. Ale mówi: nie każda strata jest przegraną. Czasami właśnie to, co tracimy dla Chrystusa, staje się ziarnem przyszłego życia.

Najpierw ziarno, potem plon

Chcielibyśmy czasem odwrócić kolejność. Najpierw zobaczyć plon, a później zdecydować, czy warto zasiać. Najpierw dostać gwarancję sukcesu, a później zaryzykować. Najpierw zobaczyć owoce służby, a później się zaangażować. Tymczasem rolnik najpierw wrzuca ziarno w ziemię.

Paweł dodaje jednak coś bardzo ważnego:

„Ten zaś, który daje nasienie siewcy (…) ziarno rozmnoży i zwiększy plon waszej sprawiedliwości.”

Ostatecznie nawet ziarno, które siejemy, otrzymaliśmy od Boga. To On daje. My odpowiadamy hojnością. A On pomnaża. Nie chodzi więc o heroiczne wyniszczanie siebie dla Boga. Chodzi o zgodę, aby to, co otrzymaliśmy od Niego, przestało służyć wyłącznie nam.

Gdzie Ja jestem, tam będzie mój sługa

Jezus kończy bardzo konkretnie:

„Kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną.”

Nie mówi: podziwiaj Mnie. Nie mówi: zgadzaj się z moją nauką. Mówi: Idź za Mną. 

A dokąd idzie Jezus? Właśnie ku Jerozolimie. Ku Wieczernikowi. Ku Getsemani. Ku Golgocie. Ku grobowi. I dalej – ku Zmartwychwstaniu.

Nie można więc zatrzymać chrześcijaństwa na Wielkim Piątku. Obumieranie nie jest celem. Celem jest życie. Ziarno nie umiera po to, żeby pozostać martwe. Umiera, żeby wydać plon. Może więc warto dzisiaj zapytać nie tylko: „Co chcę w życiu osiągnąć?”  Ale: „Co jestem gotów zasiać?” Co ze swojego czasu, pieniędzy, zdolności, wygody, planów i samego siebie jestem gotów oddać Bogu i ludziom?

Bo może największym niebezpieczeństwem nie jest to, że coś z siebie damy i stracimy. Może największą tragedią jest przeżyć życie jak ziarno, które tak bardzo bało się obumrzeć, że nigdy nie zostało zasiane.

Kategorie