11 sierpnia 2026. Wtorek XIX tygodnia zwykłego. Czytania: (Ez 2,8-3,4); (Ps 119,14.24.72.103.111.131); Aklamacja (Mt 11,29ab); (Mt 18,1-5.10.12-14);
Można dużo mówić o Bogu, a być słabo napełnionym Bogiem. Można znać właściwe słowa, mieć przygotowane odpowiedzi, nawet skutecznie przemawiać – a jednak przekazywać bardziej siebie niż Jego. Dlatego polecenie dane Ezechielowi jest tak wymowne:
„Zjedz ten zwój i idź przemawiać do Izraelitów!”
Kolejność nie jest przypadkowa. Najpierw zjedz. Potem idź. Potem mów. Bo – mówiąc trochę żartobliwie – z pustego i Salomon nie naleje.
Słowa nie wystarczy przeczytać
Bóg nie mówi Ezechielowi: przeczytaj zwój. Nie każe mu zrobić notatek, przygotować konspektu ani nauczyć się kilku zdań na pamięć. Każe mu zjeść księgę. To niezwykle cielesny obraz. Pokarm przyjęty przez człowieka zostaje strawiony. Staje się częścią jego organizmu. Buduje jego ciało, daje mu energię, zaczyna w nim żyć. Tak właśnie ma działać Słowo. Nie wystarczy wiedzieć, co mówi Bóg. Słowo ma wejść we mnie tak głęboko, żeby zaczęło zmieniać moje myślenie, decyzje, reakcje, relacje, sposób patrzenia na ludzi. Ma stać się częścią mnie. Dopiero wtedy:
„Udaj się do domu Izraela i przemawiaj do nich moimi słowami.”
Nie swoimi. Moimi. To ważne dla każdego, kto w jakikolwiek sposób głosi Ewangelię – księdza, lidera, ojca, katechety, ewangelizatora, prowadzącego małą grupę. Nie wystarczy nauczyć się mówić o Bogu. Trzeba pozwolić, żeby Bóg najpierw przemówił do mnie.
A zwój nie zawierał samych przyjemnych rzeczy
Jest w tym czytaniu jeszcze jeden szczegół. Zwój był zapisany:
„narzekaniami, wzdychaniami i biadaniami”.
To nie była księga religijnych pocieszeń. A jednak Ezechiel mówi:
„W ustach moich był słodki jak miód.”
To pięknie łączy się z psalmem:
„Jak słodka jest Twoja mowa dla mego podniebienia, ponad miód słodsza dla ust moich.”
Słowo Boże nie jest słodkie dlatego, że zawsze mówi mi to, co chciałbym usłyszeć. Bywa wymagające. Upomina. Odsłania prawdę o mnie. Burzy moje wygodne konstrukcje. Wzywa do nawrócenia. Jest słodkie dlatego, że jest Słowem Tego, który mnie kocha. Dojrzały uczeń zaczyna więc kochać nie tylko Boże obietnice, ale również Boże wymagania. Psalmista może powiedzieć coś wręcz szokującego:
„Więcej się cieszę z drogi wskazanej przez Twe napomnienia niż z wszelkiego bogactwa.”
Bo odkrył, że Słowo nie ogranicza życia. Ono pokazuje drogę do życia.
Kim właściwie jest największy?
I nagle Ewangelia przenosi nas w zupełnie inną scenę. Uczniowie mają bardzo ludzkie pytanie:
„Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim?”
To pytanie o hierarchię. Kto jest pierwszy? Kto zaszedł najdalej? Kto ma największe znaczenie? Kto ma najlepszą pozycję? Jezus nie przedstawia rankingu Apostołów.
Woła dziecko. I stawia je pośrodku. To musiało być dla nich zaskakujące. Dziecko w ówczesnej kulturze nie miało pozycji, wpływu ani znaczenia, jakie przypisujemy dzieciom dzisiaj. Było zależne od innych. I właśnie takiego człowieka Jezus stawia jako odpowiedź na pytanie o wielkość.
„Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim.”
W Królestwie obowiązuje inna miara wielkości.
Nie: ile osób mnie słucha? Ale: kogo ja słucham?
Nie: jaką mam pozycję? Ale: czy potrafię być zależny od Ojca?
Nie: jak wielki się stałem? Ale: czy pozwoliłem Bogu uczynić mnie małym?
Może dlatego trzeba najpierw zjeść księgę
Pierwsze czytanie i Ewangelia zaczynają się wtedy niezwykle ciekawie łączyć. Człowiek, który chce być wielki, może używać nawet Słowa Bożego do budowania własnej pozycji. Może imponować wiedzą. Może pouczać innych. Może wygrywać dyskusje. Może budować swoją markę „człowieka Bożego”. Ale człowiek, który zjada Słowo, zaczyna być przez nie przemieniany. I wtedy Słowo stopniowo odbiera mu potrzebę bycia największym.
Prawdziwe napełnienie Słowem prowadzi do pokory.
Im więcej poznaję Boga, tym mniej muszę udowadniać własną wielkość.
Bóg ma szczególną słabość do małych
Jezus idzie jednak jeszcze dalej. Nie wystarczy samemu stać się małym:
„Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych.”
To bardzo mocne ostrzeżenie. Możemy zachwycać się wielkimi dziełami dla Boga, wielkimi wydarzeniami, wielkimi wspólnotami, liczbami, zasięgami i sukcesami, a przeoczyć konkretnego człowieka.
Tymczasem logika Boga jest zupełnie inna. Jest sto owiec. Dziewięćdziesiąt dziewięć jest bezpiecznych. Jedna zginęła. Z punktu widzenia statystyki wynik jest fantastyczny: 99% sukcesu. Z punktu widzenia Pasterza – trzeba iść szukać. Bo dla Boga człowiek nigdy nie jest jednym procentem.
Jedna owca jest warta drogi
To jest niezwykle ważna korekta naszego myślenia o ewangelizacji. Łatwo zachwycić się tłumem. Ilu przyszło? Ile było wyświetleń? Ile osób zapisało się na rekolekcje? Ilu mamy członków? Jezus pokazuje inną matematykę.
99 + 1.
Ta jedna zagubiona owca jest warta tego, żeby Pasterz ruszył w góry. I jeszcze mocniej:
„Nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło jedno z tych małych.”
Oto serce misji. Nie chodzi przede wszystkim o rozbudowę struktur ani poprawienie statystyk. Chodzi o człowieka. Tego jednego. Może niewygodnego. Może pogubionego. Może takiego, który już kilka razy odszedł. Może tego, o którym łatwo powiedzieć: „sam sobie wybrał”.
Ojciec nie chce, żeby zginął.
Najpierw uczeń, potem misjonarz
I chyba tutaj oba obrazy spotykają się najmocniej. Najpierw: „Zjedz zwój.” Pozwól, żeby Słowo napełniło ciebie. Pozwól się nim pouczyć, skorygować, nakarmić i przemienić. Stań przed Bogiem jak dziecko. A potem: „Idź i przemawiaj.” Idź szukać tej jednej owcy. Nie po to, żeby pokazać, ile wiesz. Nie po to, żeby udowodnić swoją rację. Idź dlatego, że poznałeś trochę serce Ojca i wiesz już, że On nie chce stracić nawet jednego ze swoich małych.
To chyba dobry test każdego głoszenia: Czy moje słowa pachną księgą, którą wcześniej sam zjadłem?
I jeszcze drugi: Czy dzięki temu, co robię, zagubiona owca ma większą szansę odnaleźć drogę do Pasterza?
Bo może właśnie na tym polega wielkość w Królestwie. Nie na tym, żeby wielu ludzi poszło za mną. Ale żebym sam, napełniony Słowem, pomógł choć jednemu człowiekowi wrócić do Niego.




