Kard. Grzegorz Ryś: Nie wystarczy chodzić do Kościoła. Pokaż mi Kościół, który budujesz
Uczeń i misjonarz to nie dwa etapy chrześcijańskiego życia. Nie można najpierw przez lata być uczniem, a dopiero później zdecydować się na misję. „Dopóki nie stałeś się misjonarzem, to na pewno jeszcze nie jesteś uczniem” – mówi kard. Grzegorz Ryś. O tym, czym jest uczniostwo, dlaczego Kościół musi wychodzić do ludzi, jaka jest rola Ducha Świętego i jak nie zamienić ewangelizacji w aktywizm, z metropolitą krakowskim rozmawia Andrzej Lewek ze Stowarzyszenia Mężczyźni Świętego Józefa.
Andrzej Lewek: Temat „uczeń-misjonarz” bardzo mocno powraca dziś w nauczaniu Kościoła, także w dokumencie końcowym Synodu o synodalności. Zacznijmy więc od źródeł. Skąd właściwie wzięło się to określenie?
Kard. Grzegorz Ryś: Pojęcie „uczeń-misjonarz” pojawia się w dokumencie z Aparecidy, który był owocem konferencji episkopatów Ameryki Łacińskiej i Karaibów. Sekretarzem tego spotkania był kard. Jorge Bergoglio, późniejszy papież Franciszek. Z Aparecidy zaczerpnął on zarówno pojęcie „ucznia-misjonarza”, jak i drugie bardzo ważne pojęcie – „nawrócenia pastoralnego”.
Kiedyś miałem okazję siedzieć blisko Ojca Świętego i zapytałem go wprost: „Ojcze Święty, o co chodzi z tym uczniem-misjonarzem?”. Franciszek powiedział mi wtedy dwie rzeczy. Po pierwsze, że właściwie nie lubi zapisu „uczeń – misjonarz”. Gdyby mógł, stworzyłby z tego jedno słowo, bez pauzy i nawet bez odstępu, żebyśmy zrozumieli, że to jest jedna rzeczywistość, jedna postawa.
A potem powiedział zdanie, które zapamiętałem do dzisiaj: uczeń i misjonarz to dwa profile jednej twarzy. Nie da się ich od siebie odkleić. Dopiero razem tworzą całą twarz.
Co to oznacza w praktyce? Można być dobrym uczniem Jezusa, a nie być misjonarzem?
Powiedziałbym nawet mocniej: dopóki nie stałeś się misjonarzem, to na pewno jeszcze nie jesteś uczniem. Jeśli to, czego się nauczyłeś, nie wysyła cię do innych, jeśli nie rodzi się w tobie wewnętrzny imperatyw: „muszę komuś o tym powiedzieć”, to znaczy, że jeszcze nie przejąłeś się tym naprawdę.
I działa to również w drugą stronę. Misjonarzem możesz być tylko wtedy, kiedy nie przestałeś być uczniem. Bo jeśli przestałeś się uczyć, będziesz ludziom podawał – przepraszam za określenie – odgrzewane kotlety.
Może się to zdarzyć nawet doświadczonym ewangelizatorom. Ktoś prosi cię o świadectwo, a ty opowiadasz wyłącznie o tym, co wydarzyło się w twoim życiu czterdzieści lat temu. To doświadczenie mogło być niezwykle ważne, ale pozostaje żywe wtedy, gdy nałożyły się na nie kolejne doświadczenia Boga. Uczeń pozostaje człowiekiem, który ciągle się uczy.
Po czym więc można rozpoznać ucznia Jezusa?
Uczeń to przede wszystkim ktoś, kto ma Mistrza. Uczniostwo nie polega na tym, że człowiek bardzo dużo nauczył się o Jezusie. Można o Jezusie wiedzieć bardzo wiele i wcale w Niego nie wierzyć.
Uczniostwo jest relacją z osobą. Święty Marek pisze, że Jezus powołał Dwunastu, „aby Mu towarzyszyli i aby mógł wysyłać ich na głoszenie nauki”. Najpierw więc chodzi o „bycie z” Mistrzem. Ale w tamtych czasach „być z mistrzem” znaczyło właściwie „chodzić za nim”. To nie była szkoła z biurkiem, ławką i zeszytem. Uczeń szedł za mistrzem, patrzył, jak żyje, przejmował jego sposób myślenia i wartościowania.
Dlatego po uczniu powinno być widać, od jakiego Mistrza się uczy.
Jezus mówi jednak uczniom: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem”. Czy uczniostwo jest zatem naszą decyzją czy odpowiedzią na powołanie?
Jednym i drugim. To bardzo pięknie widać w pierwszym rozdziale Ewangelii św. Jana. Uczniowie mają poczucie odkrycia: „Znaleźliśmy Mesjasza!”. Są przekonani, że to oni Go znaleźli. A jednocześnie wiemy, że wcześniej to Jezus ich znalazł i powołał.
To jest bardzo piękne w doświadczeniu wiary: odwieczna wola Jezusa wobec człowieka zostaje przez niego przeżyta jako jego własny wybór i własna decyzja. Dopiero później człowiek odkrywa: wybrałem, ale wcześniej sam zostałem wybrany.
W doświadczeniu wiary Pan Bóg zawsze robi pierwszy krok, a my możemy na niego odpowiedzieć.
Papież Franciszek mówi jednak, że każdy ochrzczony jest uczniem-misjonarzem.
Bo to powołanie masz wpisane w chrzest. Już nim jesteś. Możesz tylko przez długi czas o tym nie wiedzieć albo tego nie praktykować.
I tu dochodzimy do bardzo ważnej sprawy: Kościół nie jest sumą wiernych. Kościół jest Ciałem, wspólnotą, organizmem, w którym nie istniejemy jedynie obok siebie, ale istniejemy dla siebie i wspólnie.
Dlatego we wspólnocie Mężczyzn Świętego Józefa nie jest najważniejsze, co każdy z was robi osobno. Ważne jest również to, co robicie razem. Franciszek w Evangelii gaudium przypomina zasadę: całość jest czymś więcej niż część i czymś więcej niż prosta suma części. Jeśli w Kościele jeden plus jeden plus jeden daje tylko trzy, to znaczy, że właściwie żyjemy obok siebie. Wspólnota powinna tworzyć rzeczywistość większą niż suma poszczególnych osób.
Czy zatem podział na Kościół nauczający i Kościół nauczany ma jeszcze sens?
Ma sens pod warunkiem, że wszyscy znajdujemy się po obu stronach. Każdy z nas jest uczniem i potrzebuje być nauczany, ale każdy jest również wezwany do tego, żeby nauczać – zgodnie ze swoim powołaniem i zakresem odpowiedzialności.
Od Soboru Watykańskiego II minęło ponad sześćdziesiąt lat. Naprawdę pora czegoś się od niego nauczyć. Najważniejszym pytaniem Soboru było pytanie o Kościół i Sobór, w Duchu Świętym, dał na nie odpowiedź. Nie możemy ciągle funkcjonować według wcześniejszego paradygmatu.
Jak przełożyć to na życie zwykłego ochrzczonego?
Powiem bardzo prosto. Wiem, że chodzisz do kościoła. Ale pokaż mi Kościół, który budujesz.
Gdzie jest Kościół, który współtworzysz? Gdzie jesteś jego żywym kamieniem? To może być Kościół domowy, parafia, wspólnota, Mężczyźni Świętego Józefa albo inne środowisko. Pytanie brzmi: nie tylko „do jakiego kościoła chodzę?”, ale „jaki Kościół buduję?”.
Święty Franciszek usłyszał z krzyża w San Damiano: „Franciszku, idź, odbuduj mój Kościół”. Franciszek nie był księdzem. A jednak to wezwanie przemieniło całe jego życie.
Paweł VI pisał, że Kościół istnieje po to, aby ewangelizować. Tymczasem ogromna część ochrzczonych nie uczestniczy w życiu Kościoła. Co możemy zrobić?
Trzeba do nich wyjść.
Jeśli w jakimś miejscu do kościoła przychodzą cztery osoby na dziesięć, to nie wierzę, że te cztery nie znają pozostałych sześciu. Znają je. Mają je w rodzinie, w sąsiedztwie, w pracy. Dlatego nie wystarczy powiedzieć: „Przyjdźcie do nas i opowiedzcie, dlaczego was nie ma”.
To ty masz do nich pójść.
Kiedy idziesz do człowieka i pytasz go, dlaczego odszedł, pokazujesz mu, że ci na nim zależy, że boli cię jego nieobecność. A ponieważ jesteś uczniem, chcesz mu powiedzieć o tym, co sam przeżywasz. Jeśli spotkanie z Jezusem jest dla ciebie naprawdę ważne, nie możesz tego zatrzymać tylko dla siebie.
Ewangelizacja zawsze zaczyna się od spotkania z człowiekiem. Dopóki nie ma osobistego spotkania, jesteśmy jeszcze na etapie preewangelizacji.
Czyli najpierw relacja i towarzyszenie?
Tak. I czasem trzeba zrobić coś, czego samemu nigdy byśmy nie wymyślili.
Pamiętam małą wiejską parafię w archidiecezji łódzkiej. Zespół synodalny zaczął się zastanawiać, dlaczego młodzi nie przychodzą do kościoła i co właściwie ich interesuje. Okazało się, że wielu z nich lubi wycieczki rowerowe. Powstał więc pomysł grupy rowerowo-turystycznej: wspólna wyprawa, potem ognisko, rozmowa, bycie razem.
Problem polegał na tym, że proboszcz ostatni raz jechał na rowerze chyba czterdzieści lat wcześniej. Parafianie powiedzieli mu: „Księże, nic się nie martw. Kupiliśmy ci rower elektryczny”.
I zaczęli jeździć.
Nie chodzi o to, że ci młodzi natychmiast pójdą do spowiedzi i następnego dnia wszyscy pojawią się na Mszy. Jeden może przyjść po miesiącu, drugi za cztery lata. Ale Kościół przestaje być dla nich czymś obcym. Kościół otrzymuje twarz człowieka, który siada na rower tylko dlatego, że mu na nich zależy.
I to działa.
Kerygmat jest potrzebny ciągle
Andrzej Lewek: Wróćmy do fundamentu. Czy człowiek, który już uwierzył, jest zaangażowany w Kościele, może nawet od lat ewangelizuje, nadal potrzebuje kerygmatu?
Kard. Grzegorz Ryś: Oczywiście. Na każdym etapie życia potrzebujesz kerygmatu na nowo. Przy każdej ważnej decyzji życiowej potrzebujesz go na nowo. Najlepiej, żeby na każdych rekolekcjach był głoszony kerygmat.
Jeśli więc robicie wielkie, jubileuszowe Oblężenie na Jasnej Górze — wiecie, że nawet jeśli mnie tam nie ma, to i tak wam kibicuję — to wyobrażam sobie, że na każdym Oblężeniu powinien być głoszony kerygmat. Bo jeśli nie ma kerygmatu, to na czym wieszacie wszystko inne, o czym mówicie? Na tradycji? To za mało.
Można budować bardzo wiele rzeczy, można rozmawiać o reformach, strukturach, programach i działaniach, ale jeśli pod tym wszystkim nie ma fundamentu, to właściwie nie wiadomo, po co to robimy. Fundamentem jest spotkanie z żyjącym Jezusem, który człowieka kocha, zbawia i posyła mu Ducha. Jeśli tego nie ma, to co właściwie zostaje?
Duch Święty nie jest dodatkiem do misji
Andrzej Lewek: Skoro już Ksiądz Kardynał wspomniał o Duchu Świętym, to pozwolę sobie tego wątku nie odpuścić. Święty Jan Paweł II nazywa Ducha Świętego głównym sprawcą misji. Co to właściwie znaczy w praktyce ucznia-misjonarza?
Kard. Grzegorz Ryś: Duch Święty jest opisywany w Piśmie Świętym różnymi obrazami, ale dwa z nich są szczególnie wymowne: wiatr i woda.
Wiatr pokazuje wolność Ducha. Nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd zmierza. Nie da się go kontrolować, zamknąć w naszych schematach czy zaprogramować. Z kolei woda pokazuje coś innego: Duch działa często w sposób ukryty, pokorny, nie pcha się na afisz.
Bardzo lubię słowa Jezusa z Ewangelii św. Jana: kiedy przyjdzie Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Święty Grzegorz Wielki pięknie tłumaczył, że Duch jest nauczycielem wewnętrznym.
Co to znaczy? Duch sprawia, że prawda, którą usłyszałeś, staje się twoim własnym, wewnętrznym sposobem myślenia i wartościowania. Możesz coś usłyszeć, możesz nawet to zrozumieć, ale ciągle pozostaje to tylko na poziomie głowy. Potrzeba, żeby zeszło do serca.
A serce w języku biblijnym to nie są po prostu uczucia. To miejsce, z którego wypływa miłość, działanie, decyzja; to najgłębsze przekonanie człowieka, jego wewnętrzna tożsamość. I właśnie tego dokonuje Duch Święty: prawda przestaje być tylko czymś, co wiem, a staje się czymś, czym żyję.
Jezus mówi uczniom: wiele wam jeszcze mam do powiedzenia, ale teraz nie możecie tego unieść. Przyjdzie Duch i doprowadzi was do całej prawdy. To znaczy: sprawi, że to, co usłyszeliście ode Mnie, stanie się waszym wewnętrznym przekonaniem.
Wejść do rzeki tak głęboko, żeby stracić grunt pod nogami
Andrzej Lewek: Czyli Duch Święty nie tyle przekazuje nam kolejne informacje, ile sprawia, że Ewangelia zaczyna naprawdę kształtować człowieka?
Kard. Grzegorz Ryś: Tak. I bardzo piękny obraz tego procesu daje Ezechiel, kiedy opisuje strumień wypływający ze świątyni.
Prorok wchodzi do tej wody. Najpierw jest jej po kostki, potem po kolana, następnie po biodra, aż w końcu staje się tak głęboka, że nie da się już przez nią przejść — trzeba płynąć.
To jest kapitalny obraz działania Ducha Świętego w naszym życiu.
Najpierw wchodzisz do wody, ale ciągle masz pełną kontrolę nad tym, co się dzieje. Woda jest po kostki — idziesz, gdzie chcesz. Jest po kolana — nadal masz kontrolę. Jest po biodra — trudniej, ale ciągle stoisz na własnych nogach.
A potem przychodzi taki moment, kiedy nie możesz już iść. Musisz zacząć płynąć.
I wtedy kończy się kontrola.
To jest bardzo ważny moment w wierze. Czy pozwolisz Duchowi Świętemu cię nieść? Czy Mu zaufasz? Czy ciągle będziesz próbował mieć grunt pod nogami, wszystko rozumieć, przewidywać i kontrolować?
Nie kontroluj Boga.
Można bardzo dużo robić dla Boga i nie zapytać Go, czy On tego chce
Andrzej Lewek: To jest chyba szczególnie trudne dla nas, mężczyzn. Lubimy działać, organizować, mieć plan, osiągać cele. Jak nie wpaść z jednej strony w aktywizm, a z drugiej w bierność?
Kard. Grzegorz Ryś: Odpowiedź jest prosta: trzeba się modlić.
Modlitwa jest potrzebna właśnie dlatego, że bez niej można robić mnóstwo rzeczy „dla Pana Boga”, a jednocześnie w ogóle z Nim o tym nie rozmawiać.
Możesz się zaangażować, napracować, zrobić ogromnie dużo i być przekonany, że robisz to wszystko dla Boga. A potem przychodzisz do Niego i słyszysz: „Jędruś, ale Ja wcale tego nie chciałem. Mnie tam nie ma”.
I co wtedy?
To trochę tak, jak z mężczyzną, który podejmuje cztery prace i mówi: „Robię to wszystko dla rodziny”. A rodzina może mu odpowiedzieć: „Ale my nie chcemy czterech twoich prac. My chcemy ciebie w domu”.
Można coś robić dla kogoś i nigdy nie zapytać go, czy właśnie tego potrzebuje.
Dlatego modlitwa jest miejscem rozeznawania: czy to, co robię, rzeczywiście jest dziełem Boga? Czy tego On ode mnie chce? Czy jestem w tym, do czego On mnie posyła?
Marta jest potrzebna. Ale Maria wie, od czego zacząć
Andrzej Lewek: Czyli służba sama w sobie nie wystarcza?
Kard. Grzegorz Ryś: Służba jest bardzo ważna. Diakonia jest czymś niesłychanie ważnym. Nie chcę powiedzieć: „Nie bądźcie Martami, bądźcie Mariami”. Potrzebujemy Marty.
Bardzo lubię świętą Jadwigę, króla Polski. Na jednym z przedmiotów związanych z nią są splecione dwie litery „M”. Tradycyjnie interpretuje się je jako Maria i Marta. To jest bardzo piękny obraz dojrzałego chrześcijaństwa: kontemplacja i działanie, słuchanie i służba.
Tylko że Jezus mówi Marcie: jednego potrzeba.
Najpierw trzeba usiąść u Jego stóp i słuchać.
Jeśli tego zabraknie, nawet najlepsze działanie może z czasem stać się tylko naszym działaniem. Człowiek zaczyna działać siłą własnych pomysłów, ambicji, potrzeby sukcesu czy uznania. I może się okazać, że robi mnóstwo rzeczy religijnych, ale coraz mniej jest w nich Boga.
Dlatego uczeń-misjonarz potrzebuje obu tych wymiarów. Potrzebuje być z Jezusem i potrzebuje być posłanym. Potrzebuje słuchać i działać. Potrzebuje Marii i Marty.
A co z biernością?
Andrzej Lewek: Ale można też pójść w drugą stronę. Czekać na natchnienie, rozeznawać bez końca i nic nie robić.
Kard. Grzegorz Ryś: Oczywiście. Bierność też może być grzechem.
Może wynikać z obojętności. Widzę, że coś trzeba zrobić, widzę człowieka, który potrzebuje pomocy, ale mnie to nie obchodzi. Może też wynikać ze strachu: wiem, że powinienem coś zrobić, ale się boję.
Nie chodzi więc o to, żeby działanie zastąpić bezczynnością. Chodzi o rozeznanie. Uczeń-misjonarz działa, ale chce działać z Bogiem, a nie zamiast Boga.
Oblężenie może pokazać, że jesteśmy jednym Kościołem
Andrzej Lewek: Padło już kilka razy Oblężenie na Jasnej Górze. Ksiądz Kardynał był obecny przy jego początkach. Jak Ksiądz dzisiaj patrzy na to wydarzenie?
Kard. Grzegorz Ryś: Nie zgadzam się z określeniem, że byłem jego współarchitektem. Ale na pewno miało moje błogosławieństwo i wsparcie.
Od początku widziałem w Oblężeniu wielką szansę na to, żeby zrobić coś razem.
Jest wiele wspólnot męskich, wiele różnych środowisk, charyzmatów i sposobów formacji. I to jest dobre. Nie chodzi o to, żeby wszystkich przerobić na jeden model. Kościół jest różnorodny.
Ale bardzo ważne jest, żebyśmy potrafili od czasu do czasu stanąć razem i zobaczyć, że jesteśmy jednym Kościołem.
To jest ogromna wartość takiego wydarzenia jak Oblężenie. Mężczyźni mogą zobaczyć siebie nawzajem, usłyszeć siebie, odkryć, ilu ich jest. Mogą zobaczyć, że obok ich własnej wspólnoty są jeszcze inni, którzy inaczej się modlą, mają trochę inną duchowość czy metodę formacji, ale idą za tym samym Jezusem.
Nie musimy wszystkich upodabniać do siebie. Możemy się cieszyć różnorodnością.
Nie przyjeżdżaj tylko po to, żeby coś dostać
Andrzej Lewek: Tegoroczne Oblężenie jest zbudowane wokół tematu „Uczeń–Misjonarz”. Jak samo uczestnictwo w takim wydarzeniu może pomóc przejść od bycia uczniem do bycia misjonarzem?
Kard. Grzegorz Ryś: Najprościej: uczestniczyć kreatywnie.
Nie przyjechać wyłącznie jako konsument treści duchowych: ktoś przygotował program, ktoś mówi, ktoś prowadzi modlitwę, a ja siedzę i odbieram.
Możesz przecież przyjechać i zapytać: co ja mogę wnieść? Może możesz zostać wolontariuszem. Może możesz się modlić za innych. Może możesz komuś pomóc. Może możesz kogoś przywieźć. Może możesz wziąć odpowiedzialność za jakiś fragment wydarzenia.
Właśnie w takiej kreatywności zaczyna ujawniać się wymiar misyjny.
Uczeń nie pyta tylko: „Co ja z tego będę miał?”. Pyta również: „Co ja mogę z tym zrobić? Do czego Pan mnie przez to woła?”
I wtedy wydarzenie przestaje być jedynie czymś, w czym uczestniczysz. Staje się miejscem posłania.
Misji nie rozeznaje się wyłącznie samemu
Andrzej Lewek: Czyli dochodzimy do wspólnoty i rozeznawania razem?
Kard. Grzegorz Ryś: Tak, bo to Kościół ewangelizuje.
Nie chodzi o samotnego człowieka, który sam sobie wymyśla misję, sam ją rozeznaje, sam realizuje i jeszcze sam siebie z niej rozlicza.
Kościół ewangelizuje.
Dlatego tak ważne jest rozeznawanie wspólne. To jest również jeden z najważniejszych wymiarów synodalności: iść razem, rozeznawać razem i ewangelizować razem.
Synodalność nie jest po to, żebyśmy bez końca rozmawiali o sobie. Chodzi o misję. Idziemy razem po to, żeby razem rozeznawać, dokąd Duch Święty chce nas posłać.
Towarzyszenie zamiast kierowania cudzym życiem
Andrzej Lewek: W formacji ucznia bardzo ważna jest relacja z kimś bardziej doświadczonym. Przez lata mówiliśmy o „kierownictwie duchowym”. Dzisiaj coraz częściej pojawia się określenie „towarzyszenie duchowe”. Czy to tylko zmiana języka?
Kard. Grzegorz Ryś: Nie. Myślę, że ta zmiana języka jest ważna.
Coraz częściej mówimy w Kościele o towarzyszeniu duchowym, ponieważ pojęcie „kierownictwa duchowego” może być źle rozumiane. Kierownik duchowy nie jest od tego, żeby kierować cudzym życiem.
Jeśli ktoś przychodzi do mnie i pyta: „Czy mam zmienić pracę?”, „Czy mam przeprowadzić się do innego miasta?”, „Czy mam podjąć tę decyzję?”, to ja nie mogę mu powiedzieć: „Tak, masz to zrobić”.
To może prowadzić do nadużycia, a nawet do przemocy duchowej.
Relacja duchowa ma pomóc człowiekowi spotkać się z Bogiem i rozeznać, do czego Bóg jego prowadzi. Nie chodzi o to, żebym ja zajął miejsce Boga i powiedział drugiemu człowiekowi, co ma zrobić.
Jezus na drodze do Emaus
Andrzej Lewek: Jaki jest więc biblijny model takiego towarzyszenia?
Kard. Grzegorz Ryś: Dla mnie jednym z najpiękniejszych jest droga do Emaus.
Jezus dołącza do dwóch ludzi, którzy idą w złą stronę.
To jest niesamowite.
Oni odchodzą z Jerozolimy, a On nie staje przed nimi i nie mówi: „Panowie, zawracamy. Idziecie źle”. Jezus zaczyna iść z nimi.
To właśnie jest towarzyszenie.
Czasem trzeba pójść z człowiekiem nawet wtedy, kiedy on idzie w złą stronę. Nie po to, żeby zatwierdzić jego kierunek, ale po to, żeby go nie zostawić.
I co robi Jezus? Zadaje pytania.
„Cóż to za rozmowy prowadzicie ze sobą w drodze?”
Przecież Jezus doskonale wie, o czym oni rozmawiają. Wie też, co wydarzyło się w Jerozolimie. A jednak pyta.
I słucha ich odpowiedzi.
To jest niezwykle ważne w towarzyszeniu: zadać pytanie i naprawdę wysłuchać odpowiedzi.
Bo można też zadawać pytania w taki sposób, że już wcześniej ma się gotową odpowiedź. Wtedy pytanie jest tylko metodą doprowadzenia człowieka tam, gdzie ja chcę go doprowadzić. To nie jest towarzyszenie. To jest manipulacja.
Jezus ich słucha. Pozwala im opowiedzieć własną historię, ich rozczarowanie, ich interpretację wydarzeń. Dopiero potem otwiera przed nimi Pisma.
To również jest bardzo ważne. Odpowiedzi szukamy w Słowie Boga, a nie w prywatnej mądrości osoby towarzyszącej.
Towarzyszący nie jest kimś, kto ma odpowiedzi na cudze życie. Pomaga człowiekowi usłyszeć Boga.
Ostatecznie chodzi o relację człowieka z Bogiem
Andrzej Lewek: Czyli dobry lider, formator czy osoba towarzysząca powinna w pewnym sensie stawać się coraz mniej potrzebna?
Kard. Grzegorz Ryś: Ostatecznie relacja jest między człowiekiem a Bogiem.
Towarzyszący jest obok. Może pomóc. Może zadać pytanie. Może pomóc zobaczyć coś w Słowie. Może podzielić się doświadczeniem. Ale nie może wejść między Boga a człowieka i przejąć tej relacji.
To jest szczególnie ważne w każdej formacji.
Jeśli formujemy uczniów-misjonarzy, to nie po to, żeby byli zależni od nas, ale żeby byli coraz bardziej zdolni słuchać Jezusa, rozeznawać Jego głos i odpowiadać na Jego wezwanie.
Uczeń ma Mistrza.
I tym Mistrzem nie jest lider wspólnoty, ksiądz, kierownik duchowy czy formator.
Mistrzem jest Jezus Chrystus.
A jeśli naprawdę jesteśmy Jego uczniami, to prędzej czy później odkryjemy, że On nie zatrzymuje nas przy sobie tylko dla nas samych. Jest z nami po to, aby nas posłać.



