BOŻY MĘŻCZYZNA W XXI WIEKU

utworzone przez | wrz 17, 2026 | Artykuły, Trzeźwym okiem | 0 komentarzy

Uczeń, który nie staje się misjonarzem, jeszcze nie jest uczniem. Kard. Grzegorz Ryś na spotkaniu Mężczyzn Świętego Józefa

Uczeń, który nie staje się misjonarzem, jeszcze nie jest uczniem. Kard. Grzegorz Ryś na spotkaniu Mężczyzn Świętego Józefa

Kim jest uczeń Jezusa? Kiedy uczeń staje się misjonarzem? Jak odróżnić prawdziwą misję od zwykłego aktywizmu i jak budować Kościół, zamiast ograniczać swoją wiarę do „chodzenia do kościoła”? O tym podczas comiesięcznego spotkania Mężczyzn Świętego Józefa w Krakowie rozmawiali kard. Grzegorz Ryś i Andrzej Lewek. Temat „Uczeń–Misjonarz” stał się nie tylko okazją do rozmowy o ewangelizacji, ale przede wszystkim pytaniem o dojrzałość chrześcijańską każdego ochrzczonego.

Comiesięczne spotkania Mężczyzn Świętego Józefa są przestrzenią modlitwy, formacji, braterskiego spotkania i podejmowania odpowiedzialności za misję, do której mężczyzna jest wezwany w rodzinie, wspólnocie, parafii i swoim codziennym środowisku. Tym razem punktem wyjścia stało się jedno z kluczowych określeń współczesnego nauczania Kościoła: „uczeń-misjonarz”.

Kard. Grzegorz Ryś już na początku rozmowy zwrócił uwagę, że tych dwóch rzeczywistości nie powinno się od siebie oddzielać. Uczeń i misjonarz nie opisują dwóch kolejnych etapów chrześcijańskiego życia, tak jakby najpierw trzeba było przez wiele lat zdobywać wiedzę i formację, a dopiero później można było pomyśleć o misji.

Uczeń i misjonarz to dwa profile jednej twarzy – mówił kardynał, przywołując nauczanie papieża Franciszka i doświadczenie Kościoła Ameryki Łacińskiej.

Sformułował przy tym bardzo mocne kryterium chrześcijańskiej dojrzałości: „Dopóki nie stałeś się misjonarzem, to na pewno jeszcze nie jesteś uczniem”.

Uczeń ma Mistrza

Bycie uczniem nie oznacza przede wszystkim posiadania wiedzy religijnej. Można przeczytać wiele książek, wysłuchać dziesiątek konferencji, znać Pismo Święte i nauczanie Kościoła, a jednak zatrzymać się na poziomie wiedzy o Jezusie, zamiast wejść w relację z Jezusem.

Uczeń jest kimś, kto ma Mistrza.

Kard. Ryś odwołał się tutaj do ewangelicznego opisu powołania Dwunastu: Jezus wybrał ich najpierw po to, „aby Mu towarzyszyli”, a następnie po to, aby mógł ich posłać. Ta kolejność nie jest przypadkowa. Misja rodzi się ze spotkania i pozostawania z Jezusem, ale autentyczne spotkanie z Jezusem prowadzi do posłania.

Nie można więc przeciwstawiać formacji ewangelizacji. Nie można powiedzieć: „Najpierw przez dziesięć lat będę się formował, a potem zacznę mówić innym o Jezusie”. To, co uczeń otrzymuje od Mistrza, z natury chce przekazywać dalej.

Jednocześnie działa to również w drugą stronę. Misjonarz nigdy nie przestaje być uczniem. Jeśli przestanie słuchać Jezusa, rozwijać się i pozwalać Bogu, aby go przemieniał, zacznie – jak obrazowo ujął to kardynał – podawać innym „odgrzewane kotlety”: rzeczy może kiedyś prawdziwe i ważne, ale niebędące już owocem aktualnego spotkania z Bogiem.

Nie wystarczy chodzić do kościoła

Jednym z najmocniejszych momentów rozmowy było pytanie o rozumienie samego Kościoła. Kard. Ryś przypomniał, że Kościół nie jest jedynie miejscem, do którego chrześcijanin przychodzi, aby otrzymać sakramenty, wysłuchać kazania czy uczestniczyć w nabożeństwie. Każdy ochrzczony jest częścią Kościoła i współtworzy jego życie oraz misję.

Kardynał ujął to w zdaniu, które może być bardzo konkretnym rachunkiem sumienia:

„Wiem, że chodzisz do kościoła, ale pokaż mi taki Kościół, który budujesz”.

To pytanie szczególnie mocno wybrzmiewa w kontekście formacji mężczyzn. Można być praktykującym katolikiem, a równocześnie pozostawać wyłącznie odbiorcą duszpasterstwa. Tymczasem dojrzały uczeń zaczyna pytać nie tylko: „Co Kościół może mi dać?”, ale również: „Za kogo ja jestem odpowiedzialny? Komu mogę służyć? Kogo mogę zaprosić? Jaki Kościół powstaje dzięki mojej obecności?”

Powołanie ucznia-misjonarza nie jest przy tym propozycją dla niewielkiej grupy szczególnie aktywnych katolików. Kard. Ryś podkreślał, że jest ono wpisane w chrzest. Każdy ochrzczony jest wezwany, aby być uczniem i misjonarzem.

Nie pytaj nieobecnych, dlaczego nie przyszli. Idź do nich

Szczególnie praktyczny wymiar miała część rozmowy poświęcona ludziom, których w Kościele nie ma.

Jeżeli na dziesięciu ochrzczonych w życiu wspólnoty uczestniczy czterech, naturalną reakcją może być zastanawianie się, dlaczego pozostałych sześciu nie przychodzi. Tymczasem logika misyjna odwraca to pytanie: skoro ich nie ma, to właśnie do nich trzeba pójść.

Co więcej, tych sześciu nie jest anonimową grupą. Czterech obecnych zazwyczaj ich zna. To ich dzieci, rodzeństwo, sąsiedzi, koledzy z pracy, przyjaciele.

Pierwszym krokiem ewangelizacji nie musi być konferencja ani zaproszenie na nabożeństwo. Najpierw potrzebne jest spotkanie.

Kardynał przywołał przykład wiejskiej parafii, w której młodzi ludzie nie byli zainteresowani tradycyjnymi propozycjami duszpasterskimi, ale lubili jeździć na rowerach. Zaczęto więc organizować wspólne wyprawy. Nie oznaczało to, że młodzież natychmiast wróciła do regularnego uczestnictwa w życiu parafii. Stało się jednak coś fundamentalnego: Kościół otrzymał dla nich twarz człowieka, który chciał z nimi być.

Zanim zacznie się ewangelizacja w ścisłym znaczeniu, często potrzebna jest właśnie taka obecność.

Bez kerygmatu nie ma na czym budować

Rozmowa dotknęła również samego centrum przepowiadania chrześcijańskiego. Czy człowiek, który już uwierzył, od lat jest w Kościele, a może sam ewangelizuje innych, nadal potrzebuje kerygmatu?

Zdaniem kard. Rysia – zdecydowanie tak.

Kerygmat nie jest jedynie „kursem podstawowym” dla ludzi stojących przed drzwiami Kościoła. Człowiek potrzebuje powrotu do niego na kolejnych etapach życia, przy ważnych decyzjach i podczas rekolekcji. Potrzebuje ponownego spotkania z podstawową prawdą, że Jezus żyje, kocha człowieka, zbawia go i daje mu Ducha Świętego.

Kardynał odniósł tę zasadę również bezpośrednio do organizowanego przez środowiska męskie Oblężenia na Jasnej Górze.

Na każdym Oblężeniu powinien być głoszony kerygmat – podkreślił.

Można bowiem przygotować znakomity program formacyjny, mówić o odpowiedzialności, ojcostwie, relacjach, służbie czy misji, ale pozostaje zasadnicze pytanie: na czym to wszystko zostanie zawieszone, jeśli zabraknie osobistego spotkania z Jezusem?

Duch Święty prowadzi tam, gdzie kończy się nasza kontrola

Nie ma jednak ucznia-misjonarza bez Ducha Świętego. Kard. Ryś przywołał dwa biblijne obrazy Ducha: wiatr i wodę.

Wiatr przypomina o Jego wolności. Nie można Ducha Świętego zaprogramować, wpisać w harmonogram ani podporządkować własnym planom. Woda natomiast pokazuje Jego pokorne, często ukryte działanie.

Duch Święty jest – jak mówił kardynał – „nauczycielem wewnętrznym”. Sprawia, że prawda, którą człowiek poznał rozumem, schodzi głębiej i staje się jego własnym sposobem myślenia, wartościowania i podejmowania decyzji.

Dobrze pokazuje to obraz rzeki z Księgi Ezechiela. Człowiek wchodzi coraz głębiej: najpierw woda sięga kostek, potem kolan, następnie bioder. Nadal jednak można stać na własnych nogach i zachowywać kontrolę. W pewnym momencie woda staje się jednak tak głęboka, że pozostaje tylko płynąć.

I właśnie wtedy pojawia się pytanie o zaufanie.

Czy pozwolę Duchowi Świętemu mnie nieść, również wtedy, kiedy tracę grunt pod nogami?

Kardynał streścił tę postawę w dwóch słowach: „Nie kontroluj Boga”.

Można pracować dla Boga i zapomnieć zapytać Boga

Ten wątek prowadził bezpośrednio do problemu szczególnie bliskiego wielu aktywnym mężczyznom: jak odróżnić misję od aktywizmu?

Odpowiedź kard. Rysia była bardzo prosta: trzeba się modlić.

Bez modlitwy można bowiem podejmować dziesiątki inicjatyw „dla Boga”, nigdy nie pytając Go, czy właśnie tego chce. Można organizować, budować, prowadzić, zdobywać środki, planować kolejne wydarzenia, a jednocześnie stracić kontakt z Tym, dla którego rzekomo wszystko się robi.

Kardynał porównał to do mężczyzny, który bierze cztery prace i przekonuje rodzinę, że robi to wszystko właśnie dla niej. Tymczasem rodzina mogłaby odpowiedzieć: „Nie chcemy twoich czterech prac. Chcemy ciebie w domu”.

Tak samo można robić bardzo wiele dla Boga, nie pytając Boga, czego naprawdę od nas oczekuje.

Dlatego chrześcijańska służba potrzebuje zarówno Marty, jak i Marii: działania i zasłuchania, aktywności i przebywania u stóp Jezusa. Uczeń-misjonarz nie wybiera między modlitwą a służbą. Jego działanie ma wyrastać ze słuchania.

Oblężenie nie jako wydarzenie do „skonsumowania”

W tym kontekście powrócił temat Oblężenia na Jasnej Górze. Kard. Ryś przypomniał, że od początku widział w nim przede wszystkim możliwość zrobienia czegoś razem przez różne środowiska męskie.

W Kościele istnieje wiele wspólnot, charyzmatów i metod formacji mężczyzn. Nie chodzi o to, żeby wszystkie wyglądały identycznie. Ich różnorodność może być bogactwem, jeśli potrafią jednocześnie zobaczyć, że należą do jednego Kościoła.

Oblężenie daje możliwość doświadczenia tej jedności, ale samo przyjechanie na Jasną Górę jeszcze nie wyczerpuje jego sensu.

Kardynał zachęcał, aby uczestniczyć kreatywnie – nie przyjeżdżać jedynie jako konsument duchowych treści przygotowanych przez innych.

Można zostać wolontariuszem. Można kogoś zaprosić i przywieźć. Można podjąć modlitwę. Można pomóc organizacyjnie. Można wziąć odpowiedzialność za innych.

Wtedy pytanie przestaje brzmieć: „Co dostanę podczas tego wydarzenia?”, a zaczyna: „Co mogę z tym zrobić? Do czego Pan mnie przez to woła?”

I właśnie w tym momencie uczeń zaczyna odkrywać w sobie misjonarza.

Nie samotny bohater, ale wspólnota

Misja nie jest jednak historią samotnego bohatera. To Kościół ewangelizuje.

Dlatego także rozeznawanie misji powinno odbywać się we wspólnocie. Nie chodzi o człowieka, który sam wymyśla sobie zadanie, sam je rozeznaje, sam wykonuje i jeszcze sam ocenia własne owoce.

W tym miejscu rozmowa dotknęła również synodalności, rozumianej nie jako niekończące się dyskutowanie o Kościele, ale jako wspólne chodzenie, wspólne rozeznawanie i wspólne ewangelizowanie.

Pytanie nie brzmi więc wyłącznie: „Do czego Bóg posyła mnie?”, lecz również: „Do czego Duch Święty posyła nas?”

To bardzo ważna perspektywa również dla męskich wspólnot. Ich celem nie powinno być jedynie zapewnienie swoim członkom dobrego miejsca formacji. Dojrzała wspólnota zaczyna pytać o swoją misję wobec parafii, miasta, rodzin, młodych ludzi i tych mężczyzn, których jeszcze w Kościele nie ma.

Towarzyszyć jak Jezus w drodze do Emaus

Ostatnim ważnym wątkiem rozmowy było towarzyszenie duchowe. Kard. Ryś zwrócił uwagę, że Kościół coraz chętniej posługuje się właśnie pojęciem „towarzyszenia”, a nie „kierownictwa duchowego”.

Różnica jest istotna. Formator, lider czy kapłan nie ma przejmować odpowiedzialności za cudze życie i mówić drugiemu człowiekowi, gdzie ma pracować, gdzie mieszkać albo jaką decyzję podjąć. Taka postawa może prowadzić nawet do przemocy duchowej.

Biblijnym obrazem towarzyszenia jest droga uczniów do Emaus.

Jezus dołącza do ludzi, którzy – dosłownie i duchowo – idą w niewłaściwym kierunku. Nie zatrzymuje ich jednak siłą i nie wydaje polecenia zawrócenia. Idzie razem z nimi.

Pyta. Słucha ich historii. Pozwala im opowiedzieć o rozczarowaniu i utraconej nadziei. Dopiero później otwiera przed nimi Pisma.

To ważna lekcja również dla liderów męskich wspólnot. Pytanie ma sens tylko wtedy, gdy naprawdę chcemy usłyszeć odpowiedź. Jeśli pytamy człowieka, mając już wcześniej przygotowaną odpowiedź, do której zamierzamy go doprowadzić, nie jest to towarzyszenie, lecz manipulacja.

Towarzyszący nie ma odpowiedzi na cudze życie. Ma pomóc drugiemu człowiekowi usłyszeć odpowiedź Boga.

Kogo zabierzesz ze sobą?

Rozmowa podczas comiesięcznego spotkania Mężczyzn Świętego Józefa rozpoczęła się od pytania o znaczenie dwóch słów: „uczeń” i „misjonarz”. Ostatecznie doprowadziła jednak do znacznie bardziej osobistego pytania o sposób przeżywania własnej wiary.

Czy jestem jeszcze tylko odbiorcą, czy zaczynam brać odpowiedzialność? Czy jedynie przychodzę do Kościoła, czy również go buduję? Czy formuję się tylko dla siebie, czy to, co otrzymałem, zaczynam przekazywać innym?

Uczeń ma Mistrza. Dlatego najpierw pozostaje z Jezusem, słucha Go, pozwala prowadzić się Duchowi Świętemu i ciągle wraca do kerygmatu. Ale ten sam Jezus mówi później: idź.

Być może więc jednym z najprostszych sprawdzianów naszej formacji nie jest pytanie, ile już usłyszeliśmy i w ilu wydarzeniach uczestniczyliśmy, lecz znacznie prostsze:

Kogo dzięki temu przyprowadziliśmy bliżej Jezusa?

Świadkowie Zmartwychwstałego

Świadkowie Zmartwychwstałego

Paweł nie przedstawia Zmartwychwstania jako symbolu, lecz wymienia ludzi, którzy spotkali żyjącego Chrystusa. Dziś nie możemy ich przesłuchać, ale pozostało ich świadectwo – a pytanie o spotkanie ze Zmartwychwstałym wciąż pozostaje aktualne.

Kategorie