26 września 2026. Sobota XXIV tygodnia zwykłego. Czytania: (Koh 11, 9 – 12, 8); (Ps 90 (89), 3-4. 5-6. 12-13. 14 i 17); Aklamacja (2 Tm 1, 10b); (Łk 9, 43b-45);
„Ciesz się, młodzieńcze, w młodości swojej”.
Po wszystkich rozważaniach Koheleta o przemijaniu, marności ludzkich wysiłków, kruchości sukcesu i niemożności zatrzymania czasu moglibyśmy spodziewać się zupełnie innego zakończenia. Skoro wszystko przemija, należałoby może zachować dystans, nie angażować się zbyt mocno, nie przywiązywać do niczego serca i spokojnie oczekiwać końca.
Kohelet mówi jednak: Ciesz się. Nie bój się życia. Nie uciekaj od młodości. Pozwól sercu się rozweselić. Idź, poznawaj, szukaj, podejmuj decyzje, zachwycaj się tym, co piękne. Ale pamiętaj.
„Wiedz, że z tego wszystkiego będzie cię sądził Bóg”.
To niezwykle dojrzałe połączenie dwóch rzeczy, które czasami próbujemy sobie przeciwstawiać: radości i odpowiedzialności. Można bowiem rozumieć chrześcijaństwo jako nieustanną podejrzliwość wobec radości, jakby wszystko, co przyjemne, piękne i pociągające, musiało być duchowo niebezpieczne. Można jednak pójść w przeciwną stronę i powiedzieć: skoro życie jest krótkie, trzeba korzystać z niego bez oglądania się na konsekwencje. Kohelet nie wybiera żadnej z tych dróg. Ciesz się życiem. Ale pamiętaj o Stwórcy. Korzystaj z tego, co otrzymałeś. Ale pamiętaj, że jesteś odpowiedzialny za sposób, w jaki tego używasz. Idź drogami swojego serca. Ale nie czyń ze swojego serca boga.
To ważne, ponieważ współczesne „idź za swoim sercem” często brzmi jak najwyższa zasada moralna. Tymczasem Biblia jest znacznie bardziej realistyczna. Serce może prowadzić ku dobru, ale może również czegoś zapragnąć tylko dlatego, że jest przyjemne, łatwe albo atrakcyjne. Dlatego Kohelet dodaje perspektywę Boga.
Żyj naprawdę, ale żyj przed Bogiem.
Potem jego język nagle się zmienia.
„Pomnij jednak na Stwórcę swego w dniach swej młodości”.
Nie kiedyś. Nie dopiero wtedy, gdy życie zwolni. Nie wtedy, gdy już wychowasz dzieci, spłacisz kredyt, zbudujesz pozycję, przejdziesz na emeryturę i znajdziesz więcej czasu na sprawy duchowe.
W dniach swojej młodości.
Bo istnieje pokusa odkładania Boga na później. Najpierw trzeba przecież żyć, zdobywać, pracować, urządzić się, korzystać z możliwości, a kiedyś przyjdzie czas na głębszą modlitwę, Słowo, służbę, uporządkowanie relacji i poważne potraktowanie własnego powołania. Kohelet mówi: nie zakładaj, że zawsze będziesz miał takie możliwości jak dzisiaj. I zaczyna niezwykły, poetycki opis starości. „Trząść się będą stróże domu” – ręce tracą swoją pewność. „Uginać się będą silni mężowie” – nogi przestają być tak mocne. „Ustawały kobiety mielące” – ubywa zębów. „Zaćmią się patrzące w oknach” – słabnie wzrok. Przycicha świat, maleje sprawność, pojawia się lęk przed drogą, włosy bieleją jak kwitnące drzewo migdałowe, aż w końcu człowiek „zdążać będzie do swego wiecznego domu”.
Kohelet nie szydzi ze starości. Robi coś znacznie ważniejszego: odbiera nam złudzenie, że nasze ciało i czas należą do nas na zawsze.
Ciało, które dzisiaj jest silne, będzie słabsze. Oczy, którymi dzisiaj patrzę, kiedyś przestaną widzieć. Ręce, którymi pracuję, kiedyś odłożą narzędzia. W końcu „wróci się proch do ziemi, tak jak nią był, a duch powróci do Boga, który go dał”. Nie jest to argument przeciwko życiu. To argument za tym, żeby nie zmarnować życia. Dlatego Psalm 90 nie prosi Boga o zatrzymanie czasu. Powtarza modlitwę, którą słyszeliśmy już w tych dniach:
„Naucz nas liczyć dni nasze, byśmy zdobyli mądrość serca”.
Liczenie dni nie oznacza życia z kalendarzem śmierci w ręku. Oznacza świadomość, że czas jest darem ograniczonym, a właśnie dlatego niezwykle cennym. Jeżeli mam ograniczoną liczbę dni, nie chcę wszystkich przeznaczyć na rzeczy nieważne. Nie chcę przez lata nosić urazy, której mogłem się pozbyć. Nie chcę odkładać pojednania. Nie chcę przez całe życie udowadniać swojej wartości ludziom, którzy za kilka pokoleń nawet nie będą pamiętali mojego imienia. Nie chcę być tak zajęty budowaniem swojej pozycji, żeby nie zauważyć ludzi powierzonych mi przez Boga. Nie chcę kiedyś odkryć, że byłem niezwykle skuteczny w sprawach, które ostatecznie nie miały większego znaczenia. Dlatego psalmista nie kończy na przemijaniu. Modli się:
„Nasyć nas o świcie swoją łaską, abyśmy przez wszystkie dni nasze mogli się radować i cieszyć”.
Znowu pojawia się radość. Kohelet mówi: „Ciesz się”. Psalm mówi: „Nasyć nas swoją łaską, abyśmy mogli się cieszyć”. Biblia nie proponuje więc życia przeżywanego pod ciężarem nieustannego myślenia o śmierci. Przeciwnie – świadomość przemijania ma nas nauczyć radości z tego, co naprawdę otrzymaliśmy. Dzisiejszego poranka. Człowieka siedzącego obok. Możliwości pracy. Siły, którą jeszcze mamy. Modlitwy. Przyjaźni. Rodziny. Powołania. Możliwości zrobienia dzisiaj czegoś dobrego.
A potem przychodzi Ewangelia. Wszyscy są „pełni podziwu dla wszystkich czynów Jezusa”. To jest moment sukcesu. Jezus uzdrawia, wyrzuca złe duchy, naucza, przyciąga tłumy. Ludzie są zachwyceni. Właśnie wtedy Jezus mówi uczniom:
„Weźcie wy sobie dobrze do serca te słowa: Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi”.
Jakby chciał powiedzieć: Nie oceniajcie całej historii na podstawie dzisiejszego sukcesu.
Podziw tłumu przeminie. Popularność przeminie. Zachwyt ludzi przeminie. Przyjdzie czas odrzucenia. To doskonale współbrzmi z Koheletem. Jest czas podziwu i będzie czas odrzucenia. Jest czas, kiedy tłumy przychodzą, i czas, kiedy uczniowie się rozproszą. Jest Niedziela Palmowa i jest Wielki Piątek.
Uczniowie tego nie rozumieją. Co więcej, „bali się zapytać”. To niezwykle ludzkie. Czasem przeczuwamy, że Bóg mówi coś, czego nie chcemy usłyszeć, więc wolimy nie zadawać kolejnego pytania. Dopóki nie zapytam, mogę pozostać przy swojej wygodnej interpretacji. A przecież uczeń powinien mieć odwagę powiedzieć: „Panie, nie rozumiem. Wytłumacz mi”.
Uczniowie nie wiedzą jeszcze czegoś, co liturgia mówi nam w aklamacji: „Nasz Zbawiciel, Jezus Chrystus, śmierć zwyciężył, a na życie rzucił światło przez Ewangelię”. Oni słyszą: „będzie wydany”. My znamy dalszy ciąg. Krzyż nie będzie ostatnim słowem.
I właśnie tutaj chrześcijaństwo odpowiada na największy problem Koheleta. Kohelet dochodzi do granicy: człowiek starzeje się, ciało rozpada się, proch wraca do ziemi, a duch do Boga. Ewangelia mówi: Chrystus wszedł również tam. Wszedł w przemijanie. Wszedł w cierpienie. Wszedł w odrzucenie. Wszedł w śmierć. I przeszedł przez nią.
Dlatego chrześcijanin może jednocześnie bardzo poważnie traktować śmierć i bardzo mocno kochać życie. Nie musi udawać, że młodość nie przemija, ciało się nie starzeje i wszystko będzie trwało wiecznie. Wie, że „dni jego jak cień przemijają”. Ale wie również, że śmierć nie jest ostatnim słowem. Może dlatego najpiękniejszą odpowiedzią na dzisiejsze Słowo nie jest smutek, lecz decyzja: Skoro moje dni są policzone, chcę naprawdę nimi żyć. Chcę się cieszyć. Chcę kochać. Chcę pracować. Chcę służyć. Chcę tworzyć. Chcę odpoczywać. Chcę być z ludźmi, których Bóg mi dał. Chcę korzystać z siły, dopóki ją mam. Ale przede wszystkim chcę „pamiętać o Stwórcy”.
Bo pewnego dnia srebrny sznur się przerwie. I wtedy najważniejsze nie będzie pytanie, ile udało mi się zatrzymać. Najważniejsze będzie: Komu oddałem moje dni?




