27 września 2026. XXVI niedziela zwykła. Czytania: (Ez 18, 25-28); (Ps 25 (24), 4-5. 6-7. 8-9); (Flp 2, 1-11); Aklamacja (J 10, 27); (Mt 21, 28-32);
Mówi się czasem, że mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczął, ale po tym, jak zakończył, i chociaż nie jest to zdanie zaczerpnięte z Biblii, dzisiejsze czytania pokazują bardzo podobną logikę, ponieważ zarówno Ezechiel, jak i Jezus przestrzegają nas przed ocenianiem człowieka wyłącznie na podstawie jego przeszłości. Dobry początek nie daje gwarancji dobrego końca, podobnie jak zły początek nie oznacza, że wszystko zostało już przegrane, ponieważ dopóki człowiek żyje, może zarówno odejść od dobra, które kiedyś wybrał, jak i zastanowić się nad swoim życiem, odwrócić od zła i ponownie wejść na drogę wierności.
To właśnie mówi Ezechiel do Izraela, który oskarża Boga, że Jego sposób postępowania jest niesprawiedliwy. Człowiek chciałby bowiem bardzo często potraktować własną przeszłość jak zgromadzony kapitał: skoro przez wiele lat postępowałem dobrze, byłem wierny, modliłem się, służyłem innym i wykonywałem swoje obowiązki, to może przysługuje mi już pewien duchowy kredyt, dzięki któremu moje obecne wybory nie mają aż tak wielkiego znaczenia. Ezechiel odpowiada, że sprawiedliwość nie jest odznaczeniem otrzymanym raz na zawsze, ale drogą, którą trzeba iść, dlatego człowiek sprawiedliwy może od niej odejść, podobnie jak człowiek żyjący źle może się zatrzymać, zastanowić nad swoim postępowaniem i obrać zupełnie inny kierunek.
Jest w tym jednocześnie poważne ostrzeżenie i ogromna nadzieja. Ostrzeżenie dotyczy tych, którzy są przekonani, że skoro kiedyś powiedzieli Bogu „tak”, to właściwie wszystko jest już załatwione, natomiast nadzieja skierowana jest do każdego człowieka, który patrząc na własną historię, mógłby dojść do wniosku, że zmarnował zbyt wiele czasu, podjął zbyt wiele złych decyzji albo odszedł od Boga zbyt daleko, żeby można było jeszcze cokolwiek odbudować. Ezechiel mówi bardzo wyraźnie, że przeszłość nie musi być wyrokiem, ponieważ człowiek może się zastanowić, odstąpić od swoich grzechów i zacząć żyć inaczej.
Nawrócenie okazuje się więc czymś znacznie większym niż chwilowe poczucie winy. Prorok mówi: „Zastanowił się i odstąpił”, wskazując w ten sposób na moment, w którym człowiek przestaje jedynie usprawiedliwiać własne postępowanie, zaczyna patrzeć na nie w prawdzie, a następnie podejmuje decyzję o zmianie kierunku. Można przecież bardzo długo wiedzieć, że coś w moim życiu jest nieuporządkowane, a jednocześnie niczego z tym nie zrobić; można żałować konsekwencji swoich decyzji, ale nie zmienić decyzji, które te konsekwencje powodują. Biblijne nawrócenie zaczyna się naprawdę wtedy, kiedy za rozpoznaniem prawdy idzie zmiana drogi.
Dlatego tak dobrze odpowiada Ezechielowi dzisiejszy psalm, w którym człowiek nie prosi Boga jedynie o przebaczenie przeszłości, lecz mówi: „Daj mi poznać Twoje drogi, Panie, naucz mnie chodzić Twoimi ścieżkami”. Miłosierdzie Boga nie polega bowiem na tym, że Bóg usuwa konsekwencje grzechu po to, żebyśmy mogli spokojnie wrócić do tego samego sposobu życia, ale na tym, że przebaczając, ponownie pokazuje człowiekowi drogę. Psalmista może powiedzieć: „Nie pamiętaj mi grzechów i win mej młodości”, ponieważ zarazem zgadza się, żeby Bóg go uczył, prowadził i korygował.
W tym miejscu Paweł pokazuje nam Jezusa, który jest nie tylko Tym, który przebacza nasze nieposłuszeństwo, ale również wzorem tego, czym jest prawdziwe posłuszeństwo. Hymn z Listu do Filipian prowadzi nas w sam środek tajemnicy kenozy Chrystusa, który „ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi”, a następnie „uniżył samego siebie, stając się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej”.
Kenozę łatwo jednak sprowadzić do obrazu pokornego Jezusa, który rezygnuje z należnej Mu chwały, podczas gdy Paweł przywołuje ją w bardzo konkretnym kontekście życia wspólnoty. Zanim zacznie mówić o Chrystusie, prosi Filipian, żeby nie kierowali się niewłaściwym współzawodnictwem ani próżną chwałą, żeby nie koncentrowali się wyłącznie na własnych sprawach i potrafili dostrzegać dobro drugiego człowieka. Nie przedstawia więc kenozy jako abstrakcyjnej prawdy teologicznej, lecz mówi właściwie: jeżeli chcecie wiedzieć, jak macie żyć ze sobą, popatrzcie na Jezusa.
Chrystus, który posiada wszystko, nie wykorzystuje swojej pozycji dla siebie, ale przyjmuje postać sługi, dlatego droga chrześcijańskiej dojrzałości prowadzi w kierunku dokładnie przeciwnym do naszej naturalnej potrzeby budowania znaczenia, zabezpieczania pozycji i udowadniania własnej wartości. Im bardziej człowiek dojrzewa w Chrystusie, tym mniej potrzebuje używać swoich darów, funkcji, wiedzy czy autorytetu do budowania siebie, ponieważ zaczyna rozumieć, że to, co otrzymał, zostało mu powierzone po to, żeby mógł służyć.
Co więcej, posłuszeństwo Jezusa nie kończy się na deklaracji, ponieważ prowadzi Go „aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej”. Właśnie to „aż do” wydaje mi się tutaj szczególnie ważne, gdyż łatwo powiedzieć Bogu „tak” w chwili entuzjazmu, łatwo podjąć zobowiązanie, kiedy widzimy jego sens i spodziewamy się owoców, znacznie trudniej natomiast pozostać wiernym, kiedy posłuszeństwo zaczyna kosztować, droga się wydłuża, a rezultat przestaje być oczywisty. Jezus pokazuje posłuszeństwo, którego prawdziwość ujawnia się nie w deklaracji, lecz w konsekwentnym przejściu całej drogi.
I właśnie dlatego przypowieść o dwóch synach jest tak niewygodna dla ludzi religijnych. Pierwszy syn wypowiada idealną odpowiedź: „Idę, panie!”, a więc na poziomie deklaracji wszystko jest w porządku, tyle że ostatecznie nie idzie. Drugi zaczyna znacznie gorzej, ponieważ otwarcie odpowiada ojcu: „Nie chcę”, ale później zastanawia się, zmienia decyzję i idzie do winnicy. Jezus nie pyta więc, który z synów ładniej odpowiedział, ale „który z tych dwóch spełnił wolę ojca?”.
Odpowiedź jest oczywista: ten, który ostatecznie poszedł.
To bardzo mocne ostrzeżenie dla chrześcijaństwa przeżywanego przede wszystkim na poziomie deklaracji, ponieważ można mówić Bogu „Panie”, znać właściwe odpowiedzi, należeć do wspólnoty, bronić wartości chrześcijańskich, angażować się w działalność Kościoła, a jednocześnie w konkretnych decyzjach swojego życia nie wejść do winnicy. Można również mieć historię bardzo daleką od Boga, wiele złych wyborów i wiele powodów do wstydu, a jednak w pewnym momencie się opamiętać, uwierzyć i naprawdę zacząć wykonywać wolę Ojca.
Dlatego Jezus stawia arcykapłanom i starszym za przykład celników i nierządnice, co musiało brzmieć dla nich wręcz prowokacyjnie. Nie mówi przecież, że grzech celników i nierządnic nie miał znaczenia, lecz wskazuje, że kiedy Jan pokazał im drogę sprawiedliwości, oni uwierzyli i zmienili kierunek, podczas gdy ludzie przekonani o własnej religijnej poprawności „nawet później nie opamiętali się, żeby mu uwierzyć”.
To „nawet później” jest chyba jednym z najważniejszych fragmentów dzisiejszej Ewangelii, ponieważ pokazuje, że Bóg daje człowiekowi kolejną możliwość. Możesz źle zacząć i później się opamiętać. Możesz powiedzieć Bogu „nie”, a później wstać i pójść. Możesz mieć za sobą lata życia, z których nie jesteś dumny, a jednak twoja historia nie musi się w tym miejscu zakończyć.
Ale działa to również w drugą stronę: nie wystarczy, że kiedyś dobrze zacząłeś.
Nie wystarczy pierwsze „tak”, pierwsze nawrócenie, pierwsze rekolekcje, pierwsza gorliwość ani nawet lata wiernej służby, jeżeli dzisiaj przestałeś słuchać głosu Pasterza. Aklamacja mówi przecież: „Moje owce słuchają mego głosu, Ja znam je, a one idą za Mną”. Nie tylko kiedyś usłyszały, ale słuchają; nie tylko kiedyś ruszyły, ale idą.
Może więc rzeczywiście człowieka poznaje się nie tylko po tym, jak zaczął, ale po tym, dokąd prowadzą go jego kolejne decyzje, a chrześcijańska wierność nie polega na bezbłędności, lecz na gotowości do ciągłego wracania na drogę, kiedy odkrywamy, że z niej zeszliśmy. Dopóki człowiek potrafi się zatrzymać, uznać prawdę o sobie, przyjąć Boże miłosierdzie i ponownie powiedzieć swoim życiem „tak”, jego wcześniejsze „nie” nie musi być ostatnim słowem.
Dlatego być może warto dzisiaj zapytać nie tylko o to, jak zaczęła się moja droga z Bogiem, ale znacznie bardziej o to, w jakim kierunku idę dzisiaj, czy moje deklaracje rzeczywiście przekładają się na decyzje, czy potrafię się opamiętać, kiedy schodzę z drogi, i czy jest we mnie to samo dążenie, które było w Chrystusie Jezusie, który nie zatrzymał się na słowach, ale pozostał wierny Ojcu aż do końca.
Bo ostatecznie wolę Ojca spełnił nie ten syn, który powiedział najpiękniejsze „tak”, lecz ten, który poszedł do winnicy.




