Przypowieść o faryzeuszu i celniku dotyka jednego z najtrudniejszych miejsc w ludzkim sercu: prawdy o sobie. Faryzeusz robi przecież wiele dobrych rzeczy. Pości, daje dziesięcinę, stara się żyć religijnie. Problem nie polega więc na tym, że czyni dobro. Problem zaczyna się wtedy, gdy dobro staje się argumentem do wywyższania siebie.
Jego modlitwa w gruncie rzeczy nie jest spotkaniem z Bogiem. To raczej monolog o własnej sprawiedliwości. Bóg staje się tu tylko tłem, a centrum pozostaje człowiek.
Celnik natomiast nie ma czym się pochwalić. Stoi z daleka, nie podnosi oczu, bije się w piersi i mówi jedno zdanie:
„Boże, miej litość dla mnie, grzesznika”.
Paradoks Ewangelii polega na tym, że ten drugi wychodzi usprawiedliwiony.
Dlaczego?
Bo uzdrowienie zaczyna się dopiero wtedy, gdy człowiek przyzna się do choroby. Trudno pokazać lekarzowi chorą nogę – łatwiej tę zdrową. Łatwiej opowiadać o swoich dobrych uczynkach niż o własnych ranach.
Tymczasem Bóg nie potrzebuje naszych raportów z pobożności. On i tak zna nas lepiej niż my sami – zna każdą kość, każdy włos na głowie, każde ukryte miejsce serca. Dlatego zbawienie nie jest systemem zasług. Nie da się go „opłacić” dobrymi uczynkami ani podnieść się za własne uszy.
Droga usprawiedliwienia prowadzi przez prawdę. Przez moment, w którym człowiek pozwala Bogu prześwietlić swoje serce i uznaje:
„Panie, potrzebuję Twojego miłosierdzia”.
I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwe uzdrowienie.




